Florenckie lilie i japońskie pędzelki. Wokół majoliki

Publikuję tekst sprzed kilku lat o toskańskiej majolice. Ta wytwórnia już nie istnieje, a Ruriko zajmuje się czymś innym w życiu, ale metody produkcji są wciąż takie same. I wspomnienie tamtego upalnego dnia jest ciągle żywe we mnie. 



Jeśli kiedykolwiek kupiliście we Włoszech ceramiczną miseczkę ozdobioną wzorem gałązki oliwnej albo podobny bibelot, zapewne weszliście w posiadanie majoliki, czyli przedmiotu wykonanego w ten sam sposób, co na przykład renesansowe tonda ze Szpitala Niewiniątek we Florencji. Na przestrzeni kilkuset lat metody produkcji zmieniły się bowiem w bardzo niewielkim stopniu.
Majolikę najprościej można określić jako wyrób z gliny, pokryty szkliwem cynowym. Technikę jej wytwarzania udoskonaliła i rozpowszechniła florencka rodzina artystów-rzemieślników, della Robbia.
Luca della Robbia, rzeźbiarz pracujący początkowo u boku Donatella, był tym, któremu udało się wzmocnić kruchą glinę i uzyskać trwałe barwniki. Zaczął wytwarzać płaskorzeźby w charakterystycznych kolorach bieli i kobaltowego błękitu, czystego jak włoskie niebo. Po Luce warsztat przejął bratanek Andrea, potem tradycję kontynuowali jego synowie. Ostatni z rodu, Girolamo, zmarł we Francji w 1566 roku.
Tonda della Robbiów, przedstawiające niemowlęta w powijakach, popiersia delikatnych Madonn spotykane w niemal każdym zakątku Toskanii, czy wreszcie nadzwyczajnej urody portret dziewczyny przechowywany w muzeum Bargello to dzieła, których się łatwo nie zapomina. Dziś wytwarzaniem włoskiej majoliki zajmują się nie tylko Włosi i nie tylko artyści, teoretycznie zabrać się za to może każdy.
Ruriko jest Japonką, w ojczyźnie studiowała sztukę, od ośmiu lat mieszka w Toskanii i maluje ceramiczne miski, talerze, kubeczki. Stwierdza skromnie, że nie wymaga to żadnych artystycznych zdolności, ale jej nie wierzę. Przy pierwszej nadarzającej się okazji jedziemy więc razem do Montelupo Fiorentino, gdzie Ruriko pracuje.
 Miasteczko, położone około 35 km na zachód od Florencji, turystom raczej nieznane, jest jednym z centrów wyrobu ceramiki we Włoszech środkowych. Inne to Deruta albo Faenza - od której pochodzi słowo fajans, czyli inna nazwa majoliki. Technikę wynaleziono dużo wcześniej, zanim zajęli się nią della Robbiowie. Przybyła do Europy ze Wschodu, prawdopodobnie z Persji, a do Włoch trafiła w XIII wieku poprzez Majorkę, od której wzięła miano. Największy rozkwit tej dziedziny zdobnictwa przypadł na okres renesansu. Złoty wiek Montelupo to lata 1450-1530, kiedy miejscową ceramikę sprzedawano nie tylko w basenie Morza Śródziemnego, ale także do domów angielskich czy holenderskich. Dziś w Montelupo, zamieszkałym przez niewiele ponad 10 tysięcy osób, znajduje się około 120 warsztatów ceramicznych, zatrudniających ponad 1000 pracowników i wytwarzających przedmioty zarówno tradycjonalne, jak i dekorowane wzorami współczesnymi.
 Droga do Montelupo zajmuje nam około 1,5 godziny pociągiem – Ruriko idzie mi na rękę i nie wyrusza jak co dzień o 7 rano, ale dopiero o 9. Kiedy docieramy do miasteczka, panuje już straszny upał, a my musimy pokonać jeszcze dwa kilometry pieszo; zazwyczaj Ruriko jedzie rowerem, tego dnia prowadzi go obok siebie. Przychodzimy do warsztatu o 11, jestem zmęczona i spocona, na granicy udaru słonecznego, marzę o odpoczynku w chłodzie.

Pracownia Riba, oznaczona rysunkiem dwóch delfinów, mieści się w wielkim, klockowatym budynku przypominającym hangar. Ponieważ rano został otwarty piec z wypaloną majoliką, w środku jest jeszcze goręcej niż na dworze. Pracują tu cztery osoby: właściciele, czyli Vincenzo Rizzi i jego żona Antonella, Ruriko oraz Tomomi, również Japonka. Vincenzo siedzi za okrągłym stołem z pędzlem w ręku, nad białym, jakby pokrytym kredą półmiskiem, jego żona stoi przy kadzi wypełnionej płynem podobnym do mleka, w którym zanurza kolejne talerze. Pozwalają mi robić zdjęcia, przyglądać się i pytać o wszystko.
Najpierw jednak Ruriko zabiera mnie na piętro, do szkoły ceramiki, którą kilka lat temu ukończyła. W ten sposób zobaczę od początku cały proces obróbki gliny, bo na dole w warsztacie tylko się ją dekoruje. Uprzejmy dyrektor przerywa jedzenie spaghetti i otwiera nam wszystkie pomieszczenia. W magazynie leżą szczelnie zafoliowane paczki z wilgotną gliną. Surowa ma kolor szaro-zielonkawy, dopiero po wypaleniu w piecu staje się biała lub brązowawa (po włosku mówi się, że czerwona, po polsku można określić ten kolor jako bladoceglasty). Biała (terra bianca) jest droższa, a przedmioty z niej wytworzone są nieco trwalsze od tych z czerwonej (terra rossa).
 Do formowania gliny służą tradycyjne koła garncarskie. Gotowe naczynia wędrują do pieców, kiedyś opalanych drewnem, dziś elektrycznych, potem oblewa się je szkliwem, maluje i ponownie wypala. W jednej ze szkolnych sal, na drewnianych regałach, ustawiono pokazowe prace uczniów i mistrzów: pękate wazy, smukłe wazony, gładkie talerze zdobione głównie w sposób tradycyjny, z przewagą bieli, błękitu, zieleni i żółci. Najpiękniejsze są te z precyzyjnymi rysunkami wijących się i przeplatających linii, pokryte kwiatami, drobnymi spiralami, liśćmi i wzorami geometrycznymi. Uczniowie przyjeżdżają ze wszystkich stron świata, wystarczy zapłacić za semestr i można zanurzać ręce w glinie.

Wracamy do warsztatu. Antonella za pomocą specjalnych szczypiec wkłada talerze do kadzi z rozrobionym szkliwem, następnie wyciera je od spodu – inaczej skleiłyby się z podłożem podczas wypalania - ogląda uważnie z każdej strony i ustawia na półce. Naczynia muszą schnąć co najmniej jeden dzień, zanim będzie można je malować.
Kiedy przedmioty dostatecznie wyschną, wykonywany jest szkic. Przykłada się szablon, czyli cienki papier ponakłuwany wzdłuż linii rysunku i małym woreczkiem z węglem drzewnym pociera tak, by przechodzący przez dziurki czarny pył odbił się na powierzchni naczynia. Szkice nie są więc bardzo precyzyjne, wbrew opinii Ruriko potrzeba sporo umiejętności malarskich, by powstały zarys wypełnić kolorami. Podobną technikę stosowano przy malowaniu fresków.

Ruriko, Tomomi i Vincenzo siedzą przy trzech obrotowych stołach, na których na specjalnych podstawkach stoją kubki, dzbanki, wazoniki; resztę miejsca zajmują stłoczone pojemniki pełne pędzli oraz naczynia z rozrobionymi farbami, butelki z wodą, szmatki, gąbki. Obracając blat, rysuje się na każdym naczyniu ten sam mały fragment wzoru, płatek kwiatu, obwódkę łodyżki. Jest to żmudne zajęcie, jak gdyby artysta stał przy taśmie w fabryce! Powoli przybywa kolorów, szkice nabierają wyrazistych kształtów. Ruriko może pomalować dziennie nawet 100 kubków.
Do napisów i cienkich linii dziewczyny używają małych pędzelków, które w ich rękach wyglądają zupełnie jak japońskie pióra do kaligrafii. Vincenzo sięga po kawałek gąbki z naciętą powierzchnią i stempluje identyczne wzorki na obwodzie talerza. Przypomina mi się przedszkole, gdzie robiliśmy podobne pieczątki z … ziemniaka. Vincenzo śmieje się i kiwa głową ze zrozumieniem, w końcu Polska jest krajem ziemniaka, wie o tym każdy, nawet tu, w Montelupo.

Pomalowane przedmioty można od razu wkładać do pieca. Ustawia się je na półkach, każdy na glinianej podkładce i wypieka w temperaturze 960 stopni przez 20 minut. Chropawe, matowe, blade szkliwo na skutek działania wysokiej temperatury topi się i zmienia w błyszczącą, twardą, gładką jak szkło powłokę o intensywnych kolorach. Pytam, czy można zajrzeć do pieca podczas wypalania, żeby zobaczyć ten fascynujący proces, ale Vincenzo kręci głową. Podobno nie wygląda to aż tak spektakularnie, jak sobie wyobrażam.
Podchodzę do gotowych wyrobów, które niedawno opuściły piec, są jeszcze gorące. Przypatruję się równo poukładanym korkom do butelek z toskańskim pejzażem, miseczkom zdobionym rysunkiem czarnych oliwek, a także kubkom z geometrycznymi wzorami, zupełnie nowoczesnymi. Rizzi postawili na współczesność, ponieważ, na skutek dużej konkurencji, trudno znaleźć nabywcę przedmiotów klasycznych. - Wszystkie te kubki pojadą do Nowego Jorku – tłumaczy Vincenzo.

Pytam o tonda della Robbiów. Okazuje się, że ich kopie można zamówić u zaprzyjaźnionego twórcy. Przeglądam katalog, ale na zdjęciach wyglądają dużo brzydziej niż oryginały, więc nie decyduję się na zakup – choć kusi mnie pomysł powieszenia włoskiego tonda na naszym polskim drewnianym domu.
Rizzi prowadzą na miejscu mały sklepik ze swoimi wyrobami. Czy nie chcieliby sprzedawać ich także do Polski? Oczywiście, bardzo chętnie, problem jednak w tym, że nie mają strony internetowej, ba, nie mają nawet własnego adresu mailowego. Nie mówią też w żadnym języku poza włoskim. Później Ruriko zdradza mi, że i telefon komórkowy jest dla nich przedmiotem zbyt nowoczesnym. 

Vincenzo, pochodzący z Sycylii, przywędrował w poszukiwaniu pracy do Toskanii jeszcze jako nastolatek. Zatrudnił się w fabryce ceramiki i dopiero kilka lat temu – dziś dobiega pięćdziesiątki – udało mu się przejść na swoje. Pracuje od rana do nocy, nie ma czasu na nic innego.
Minęła 14, pora się zbierać. Tuż przed pożegnaniem mówię Rizzim, że słowo "riba", widniejące w nazwie firmy, brzmi prawie jak polska ryba. Dziwi ich to niezmiernie i jeszcze bardziej zacieśnia więź między nami. Vincenzo podchodzi do regału, sięga na jedną z najwyższych półek i zdejmuje śliczną, lekko zakurzoną miseczkę. - Dla ciebie, zawieź do Polski – mówi.
Żegnam się z nimi ciepło. Przede mną długa i kręta droga na stację kolejową. – Idź cały czas prosto – radzą mi Rizzi zupełnie poważnie. Już na pierwszym zakręcie tracę orientację, ale na szczęście zjawia się miejscowa kobieta i pokazuje mi właściwy kierunek. Słońce pali jeszcze mocniej niż przed południem, ulice są wyludnione. Nie mam siły ani na zwiedzanie położonej na wzgórzu, zabytkowej części miasteczka, ani Muzeum Ceramiki, które mieści się niedaleko dworca.

Ruriko, jak co dzień, będzie pracować aż do wieczora. Po trzech godzinach spędzonych w suchym, gorącym wnętrzu warsztatu, pokryta warstewką białego pyłu, zaczynam przychylać się do jej opinii na temat uzdolnień koniecznych przy wyrobie majoliki. Może rzeczywiście nie talent staje się najważniejszy, ale samozaparcie oraz wytrzymałość fizyczna i psychiczna.
Anna Goławska

0 komentarze/y: