Zwiedzanie Florencji - katedra, baptysterium, dzwonnica...

Florencja to miasto trudne. Nie umiem odpowiedzieć na powtarzające się pytanie, czy w czasie tygodniowego pobytu w Toskanii warto jeden dzień poświęcić na Florencję. Z reguły jednodniowi turyści wyjeżdżają z Florencji zmęczeni, oszołomieni i nieco rozgoryczeni - ja również miałam takie odczucia po pierwszej wizycie w stolicy Toskanii bardzo dawno temu. Jeśli jednak zatrzymamy się w mieście na dłużej, to się nim zachwycimy, nasycimy i odkryjemy jego niełatwe piękno.
Mieszkałam przez kilka miesięcy niedaleko Florencji, więc mogłam jeździć tam co parę dni, zwiedzać ją bez pośpiechu, za to dokładniej i wolniej, bez stresu. Spędziłam też niedawno we Florencji jeden tydzień, żeby poznać jej aspekt wieczorny, zobaczyć nocą i wczesnym rankiem. To miasto trudne, ale miasto wspaniałe.



Noc na placu katedralnym

 
Niedawno pisałam o zwiedzaniu Galerii Uffizi, dziś skupię się na centrum religijnym miasta.
Katedra, krypta, dzwonnica, baptysterium oraz nowe muzeum katedralne... Nie da się tego wszystkiego obejrzeć w jeden dzień. Czasowo oczywiście tak, ale taki wyczyn nie miałby sensu! Już choćby dlatego trzeba się we Florencji zatrzymać na co najmniej 2 dni.

Obowiązuje jeden bilet wstępu do wszystkich zabytków (oprócz katedry, gdzie wchodzimy za darmo). Kosztuje 15 euro, można go kupić przez internet, koniecznie trzeba wówczas go wydrukować. Kasy biletowe, w tym również automaty, znajdują się po lewej stronie katedry (stojąc przodem do fasady), przy Piazza San Giovanni 7.
Dostępne są bilety zniżkowe: 3 euro - dzieci w wieku 6-11 lat oraz bilet darmowy - do nabycia tylko w kasach, m.in. dzieci do lat 6, duchowni, osoby niepełnosprawne. Ponadto konieczna jest rezerwacja godziny wejścia na kopułę (bez dopłaty) - online lub w kasach automatycznych.
Bilet jest ważny przez 48 godzin od momentu wejścia do pierwszego obiektu. Daty rezerwacji wstępu na kopułę nie można zmienić. Do każdego zabytku można wejść tylko raz.
Baptysterium, katedra i dzwonnica


Katedra Santa Maria del Fiore zajmuje dużą część centralnego placu miasta, a jej gigantyczną kopułę, przedmiot dumy florentczyków, widać z odległości wielu kilometrów. Budowę zaczęto w XIII wieku, na pozostałościach wcześniejszego kościoła (Santa Reparata), którego fundamenty można obejrzeć w podziemiach. Kopułę ukończono w wieku XV, a fasadę w XIX. Wejście do katedry jest darmowe  - podkreślam to, bo wielokrotnie widziałam w internecie nieprawdziwe informacje o biletach. Zazwyczaj trzeba postać w kolejce, ale przesuwa się ona dość szybko. Do katedry wchodzi się drzwiami z lewej strony - stojąc przodem do fasady. Wnętrze jest prawie puste, większość rzeźb została przeniesiona do muzeum. Do kościoła warto jednak wejść, żeby zobaczyć na własne oczy, jak wielki jest to budynek (trzecia co do wielkości katedra na świecie), obejrzeć freski przedstawiające Dantego i kawalera Giovanniego Acuto na koniu oraz spojrzeć od dołu w przepastną kopułę mistrza Brunelleschiego. Można zwiedzić podziemia (za biletem), gdzie znajduje się m.in. grób Brunelleschiego.
Kopuła katedry sfotografowana z dzwonnicy


Na kopułę wchodzi się bocznymi drzwiami, z lewej strony katedry - stojąc przodem do fasady. W sezonie (od maja do października) godzinę wejścia należy rezerwować co najmniej dwa dni wcześniej, inaczej może być już wszystko zajęte. Najwygodniej wspinać się tuż po otwarciu, bo wówczas jeszcze nikt nie schodzi. Schody wiodące na kopułę są strome i dość ciasne, a jest ich aż 463.
Cały wysiłek wynagradza jednak radość z przebywania we wnętrzu tak niezwykłej konstrukcji architektonicznej, oglądanie z bliska fresków Vasariego na wewnętrznych ścianach kopuły, wreszcie wyjście na powietrze na górze i widok miasta w dole, z jego kościołami, nitkami ulic i zamglonymi wzgórzami, które je otaczają. Jak wiadomo, Brunelleschi wygrał konkurs na zaprojektowanie i wzniesienie kopuły. Głównym problemem dla ówczesnych architektów był rozmiar otworu, który miał zostać przykryty - jego średnica ma ponad 45 metrów. Brunelleschi wymyślił rozwiązanie, postawił tak naprawdę dwie kopuły, mniejszą i większą, jedną na drugiej, bez używania belek i rusztowań (nie było tak wysokich drzew na belki). Na szczyt idzie się właśnie pomiędzy tymi dwiema kopułami i to jest niesamowite, ale jeśli macie klaustrofobię, to lepiej zrezygnujcie...
Schody, schody, schody... Wejście na kopułę Brunelleschiego


Baptysterium San Giovanni (Świętego Jana) to ośmioboczny budynek stojący tuż przed katedrą. Słynie z bogato zdobionych drzwi wschodnich (tych naprzeciwko katedry, oryginał w muzeum) wykonanych przez Ghibertiego i nazwanych przez Michała Anioła "Drzwiami Raju". Wnętrze jest pokryte mozaikami z XIII wieku. Wchodzi się z biletem.
Mozaiki w baptysterium


Dzwonnica nazywana jest Campanile di Giotto, choć Giotto tylko rozpoczął budowę - kontynuował ją Andrea Pisano, kończył Francesco Talenti. Na górę prowadzi 414 stopni, a widoki zapierają dech, zwłaszcza na kopułę, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Oczywiście tu też potrzebujemy biletu.
We wnętrzu Dzwonnicy Giotta


Na muzeum katedralne (Museo dell'Opera del Duomo) warto zarezerwować sporo czasu, bo wizyta jest bardzo ciekawa i przyjemna. Budynek jest odnowiony, wnętrza świetnie zorganizowane i oświetlone, to naprawdę nowoczesne, przyjazne dla turystów muzeum! A poza tym ogromne. Zajmuje 6 tys. mkw i dzieli się na 28 sal. Jego największą atrakcją jest zrekonstruowana fasada katedry wg projektu pierwszego architekta, Arnolfa di Cambio, rzeczywistych rozmiarów - do oryginalnej wielkości. Dla niej jednej warto tu przyjść. Ale oczywiście muzeum pełne jest wspaniałych eksponatów, zgromadzono tu rzeźby i inne zdobienia ze ścian wewnętrznych i zewnętrznych katedry i dzwonnicy, pokazane są modele konkursowe fasady, wyświetlane są filmy, można obejrzeć dokładnie budowę kopuły na modelu i podziwiać z bliska dwa ważne dzieła rzeźbiarskie: "Pietę" Michała Anioła oraz "Marię Magdalenę" Donatella.  Na II piętrze można wyjść na taras i niemalże dotknąć ręką kopuły... Wejście do muzeum znajduje się za katedrą.
Muzeum, po lewej rekonstrukcja fasady katedralnej


Więcej szczegółów i rezerwacja biletów na stronie www.ilgrandemuseodelduomo.it.

Muzuem, sala z modelem kopuły
Florencka "Pieta" Michała Anioła
Plan obiektów do zwiedzania z "biglietto unico"

Konfitura z czerwonej cebuli

Jadłam taką konfiturę w Toskanii kilka razy i bardzo mi smakowała, najbardziej taka zrobiona w  domu - dokładnie przez Robertę z Castelmuzio. Roberta robiła ją z czerwonej cebuli z Tropei, ale można ją równie dobrze zrobić ze zwykłej czerwonej cebuli.

Składniki:
czerwona cebula
cukier trzcinowy
liście laurowe
ocet winny lub balsamiczny

Proporcje: wagowo cukru ponad dwa razy mniej niż cebuli



Cebulę siekamy drobno lub ścieramy na tym wspaniałym urządzeniu widocznym na zdjęciu. Przekładamy do garnka i zasypujemy cukrem, mieszamy i odstawiamy na około godzinę. Cebula powinna ładnie puścić sok. Później stawiamy garnek na mały ogień, dodajemy liście laurowe (robiłam z ok. 400 g cebuli, dałam 2 liście), mieszamy od czasu do czasu. Dusimy cebulę ok. godziny lub dłużej, aż będzie mięciutka, po koniec dodajemy nieco octu do smaku.  Wyjmujemy liście i gorącą konfiturę przekładamy do wyparzonych słoiczków.
Podajemy z serami - doskonale pasuje do gorgonzoli.



Barletta – miasto plaż i Kolosa

Już od kilku dni Facebook przypomina mi intensywnie, że dokładnie rok temu byłam w Apulii. Podsuwa zdjęcia, sugeruje, żeby ponownie je opublikować – poddaję się więc niejako naciskom i piszę pierwszy post o tym regionie.
Znam Apulię dość dobrze, byłam tam kilka razy latem, jesienią i zimą. Ten region zachwyca. Powtarzam zawsze, że Toskania jest piękna i bogata w dzieła sztuki, ale to Apulia pożre ci serce.
Uwielbiam Trani ze wspaniałą katedrą nad morzem, zatrzymane w czasie Bari czy białe Monopoli. W ubiegłym roku wybraliśmy jednak na pobyt Barlettę, spore miasto, które w samym centrum ma szerokie, piaszczyste plaże.
Pojechałam z moją siostrą i jej partnerem, mieliśmy podobne oczekiwania. Chcieliśmy trochę zwiedzać, ale większość czasu spędzić na wypoczynku nad morzem, pływaniu i opalaniu się. Chcieliśmy, żeby do plaży było blisko na piechotę – nie wypożyczaliśmy samochodu, żeby miasto miało stację kolejową i żeby było po prostu ładne. Barletta spełnia te wszystkie wymagania!

Barletta w Apulii

Jak się dostać do Barletty
Z Polski do Bari lataja niezastąpione linie Ryanair www.ryanair.com. Z lotniska w Bari do Barletty jeździ lokalna linia kolejowa www.ferrovienordbarese.it, obecnie z przesiadką w Ruvo. Pociągi są klimatyzowane i dobrze utrzymane. Podróż trwa ok. 1,5 godz., bilet kosztuje 8,20 euro.

Barletta 
Miasto błyszczy, błyszczą jego wyślizgane płyty chodnikowe, zachodzące slońce odbijające się w szybach kamienic i biżuteria w witrynach sklepowych. Kiedy się tu przyjeżdża wieczorem, trwa święto. Na ulicach jest pełno ludzi, wszystkie kawiarnie i lodziarnie są otwarte, grupki młodzieży kupują lody w rożkach, starsi siedzą na ławkach pod Kolosem. Chce się jak najszybciej zostawić walizkę w mieszkaniu i przyłączyć do tłumu.

Wieczór w mieście
Zwiedzanie
Symbolem Barletty jest Kolos, brązowy posąg władcy nieznanej tożsamości, prawdopodobnie porzucony na plaży przez statek wenecki lub przetransportowany do Apulii z Rawenny przez Fryderyka II Hohenstaufa. Ma ok. 4,5 m wysokości, odlano go w V wieku. Kolos stoi obok przepięknego średniowiecznego kościoła San Sepolcro - kościół otwarty jest zazwyczaj wieczorami. 

Kolos "dyrygujący" orkiestrą w czasie lokalnej parady
Kolos z Barletty
Katedra (Santa Maria Maggiore) znajduje się w najstarszej części miasta, wśród wąskich uliczek i placyków. Jak większość apulijskich katedr ma jasną fasadę oraz dzwonnicę wspartą na łuku nad ulicą.W lipcu odbywa się w Barletcie święto patronów miasta (biskupa San Ruggero i Madonny della Sterpeto), z katedry idzie procesja z popiersiem biskupa, rozstawiane są stragany, w nocy organizowany jest pokaz ogni sztucznych itd.

Katedra w Barletcie
 Do zobaczenia w mieście pozostaje jeszcze imponujący zamek, który pamięta czasy Normanów. Stąd wyruszali rycerze na wyprawy krzyżowe. Obecna forma budowli jest wynikiem przebudowy dokonanej w XVI wieku. W tej chwili zamek mieści bibliotekę i muzeum miejskie.

Zamek w Barletcie

Plaże
Apulia zajmuje obcas włoskiego buta. Zdawałoby się, że w plażach można tu przebierać, ale po stronie Adriatyku większa część wybrzeża jest skalista lub niedostępna (zagrodzona, trzeba znać przejścia). Barletta ma plaże szerokie, z drobnym piaskiem, płatne i bezpłatne, dość czyste (a w porównaniu na przykład z plażą w obleganym przez Polaków sycylijskim Trapani - bardzo czyste). Mieszkaliśmy w kamienicy na starym mieście, do najbliższej plaży mieliśmy ok. 400 m, ale zwykle chodziliśmy nieco dalej. W lipcu nie ma tłumów, zawsze się znajdzie dużo miejsca blisko wody. W sierpniu, miesiącu wakacyjnym dla Włochów, plaże są oczywiście bardziej tłoczne.

Plaża w Barletcie

Zachód słońca nad morzem

Jedzenie
Barletta nie jest drogim miastem, ponieważ nie ma tu raczej zagranicznych turystów. Jadaliśmy często w małych knajpkach, gdzie można kupić też jedzenie na wynos - smażone owoce morza, pizza na kawałki, tzw. pucce - rodzaj kanapek z ciasta na pizzę oraz panzerotti - nadziewane pierogi z ciasta drożdżowego, zapiekane w piecu lub smażone. Dwa razy w tygodniu na naszą uliczkę przyjeżdżał sprzedawca warzyw i zawodził przeciągle: "A cinquanta le zucchine..." W sezonie warzywa i owoce są tanie i doskonałe, zwłaszcza soczyste morele, brzoskwinie i pomidory. 

Kalmary

video

Gdzie można dojechać z Barletty
Nawet bez samochodu można w Apulii bardzo dużo zwiedzić. W  Barletcie jest stacja kolejowa włoskich linii krajowych (www.trenitalia.it) i tuż obok wspomnianych już linii Nordbarese ( www.ferrovienordbarese.it) Można bezproblemowo dojechać do Bari, stolicy Apulii, do Alberobello (z przesiadką w Bari), bajkowego miasteczka domów trulli, do fascynującego zamku Fryderyka II, Castel del Monte (pociąg do Andrii, potem busik), do nadmorskiego Bisceglie z bardzo wąskimi uliczkami i wysokimi kamienicami, do Molfetty, przepięknej, zatrzymanej na granicy upadku, wreszcie do Trani, jednego z najpiękniejszych miast południa i Bitonto - mało znanego miasta oddalonego nieco od wybrzeża, ze wspaniałą katedrą, w której wiele lat temu po raz pierwszy spróbowałam pachnącej apulijskiej oliwy...
Alberobello

Andria

Bari

Bari

Bisceglie

Port w Bisceglie

Katedra w Bitonto

Katedra w Bitonto, płaskorzeźba przedstawiająca m.in. Fryderyka II

Castel del Monte na płaskowyżu Murgia



Uliczka w Molfetcie, ściany podparte belkami

Molfetta

Trani, katedra


Informacje praktyczne:
Biuro informacji turystycznej znajduje się przy Corso Garibaldi;
Strona włoskich kolei: www.trenitalia.it
Strony lokalnych linii kolejowych: www.ferrovienordbarese.it oraz www.fseonline.it (te jeżdżą np. z Bari do Alberobello);
W Barletcie rozegrała się słynna (oczywiście słynna lokalnie) potyczka między rycerzami francuskimi i włoskimi, uważana za jedną z pierwszych oznak budzenia się świadomości narodowej. Historia jest nieco skomplikowana - jak cała historia Włoch, możecie o niej przeczytać tutaj: www.centrostoricobarletta.it/?dir-item=cantina-della-disfida
Wolontariusze organizują w Barletcie tzw. free walk, więcej o ich działalności tutaj: www.freetourbarletta.com;


Mesyna - wrota Sycylii

Dla większości Polaków dzisiaj "bramą" Sycylii jest Trapani, miasto posiadające tanie połączenia lotnicze z Polską. Dla mnie jednak to Mesyna pozostanie wrotami wyspy, bo właśnie tutaj przypłynęłam po raz pierwszy - i nie ostatni - promem z lądu.
Do Mesyny można dostać się samochodem, co jest oczywiste, wjeżdża się po prostu na prom albo pociągiem, co jest już mniej oczywiste. W Villa San Giovanni (Kalabria) wagony są rozczepiane i wtaczane po torach na pokład, a potem w Mesynie stacza się je na ląd i łączy z powrotem w pociąg. Podczas nocnej podróży z Rzymu, leżąc na piętrowym łóżku w kuszetce, czułam delikatne kołysanie fal w Cieśninie Mesyńskiej; pierwszy raz w życiu płynęłam pociągiem...

Nabrzeże z torami kolejowymi

Widok na Mesynę z promu
Mesyna widziana z Cieśniny Mesyńskiej

Bloki
Mesyna to nie jest piękne miasto. Już z promu - jeśli się płynie w dzień - widać bloki, bloki, bloki. Wspinają się na zbocze, na którym rozciąga się Mesyna, tworząc zwarte ściany bez szczelin, bez oddechu. Budynki są stłoczone, wybudowane bezładnie, wyglądają na tanie i zaniedbane.
Mesyna została niemal doszczętnie zniszczona przez trzęsienie ziemi w 1908 roku. Zginęła połowa mieszkańców. Prawie wszystko jest tu więc "nowe", dwudziestowieczne i jakby naznaczone niewiarą w trwałość rzeczy materialnych. Po przyjeździe potrzeba trochę czasu, żeby przywyknąć do chaosu i zacząć dostrzegać w nim również przebłyski piękna. To miasto odpycha i fascynuje, jak cała Sycylia.


Mesyna wygląda najlepiej oglądana z góry, z ulic wspinających się na zbocza, z mieniącą się wodą i błękitną Kalabrią w tle. Tak ją należy zobaczyć i tak ją trzeba sfotografować. Jej wartością jest morze (Tak, cały czas gdzieś za plecami mamy morze - powiedział mi znajomy Sycylijczyk), to dlatego bloki tak się tłoczą, wszyscy mieszkańcy chcieliby mieć balkon z widokiem na cieśninę...

Mesyna i Kalabria na drugim brzegu cieśniny
 Z bliska widać brud i zaniedbanie, źle sprzątane ulice, źle działającą komunikację, źle zaparkowane samochody, bezdomne psy, żebraków, czasem mówiących po polsku. Przez miasto jeździ linia tramwajowa, zwana tu metrem oraz autobusy miejskie, które nie mają rozkładu. Wiadomo tylko - i to tylko mniej więcej - o której dany pojazd powinien wyjechać z bazy, dalej już trzeba sobie samemu policzyć, o której dotrze na konkretny przystanek. O ile w ogóle dotrze, bo kierowcy często strajkują; słabo i nieregularnie opłacani nie rwą się do pracy. W autobusach widać głównie kolorowych, rdzenni mesyńczycy mają samochody.
Ale są tu też i pełne ludzi kawiarnie, i bary z doskonałymi drinkami - to tu piłam spritz z sokiem z granatów. Na targu sprzedawcy świeżych ryb kroją bielutkie mięso z powagą i skupieniem, z ciężarówek sprzedaje się świeżutkie czerwone pomarańcze. Uliczne jedzenie jest tanie i smaczne, latem pija się tu lemoniadę z solą na upał i lodowatą granitę kawową.

Mesyna

Stara stacja kolejowa z mozaiką przedstawiająca Mussoliniego


Mesyna

Mesyna

Czerwone pomarańcze

Arancini
W Mesynie zachowało sie tylko kilka zabytków, między innymi wspaniały kościół Santissima Annunziata dei Catalani z XIII wieku, w którym widać wpływy normańskie, bizantyjskie, arabskie i romańskie. Świątynia stoi dziś dużo poniżej poziomu ulicy, który został podniesiony po trzęsieniu ziemi; nie wszystkie gruzowiska dawało się usunąć, więc budowano na nich. Niestety nigdy nie weszłam do środka kościoła, zawsze był zamknięty.

Absyda kościoła Santa Maria dei Catalani


Nieliczni turyści oglądają jeszcze w Mesynie katedrę, odbudowaną po zniszczeniach z 1908 roku, ale większość z nich przyciąga stojąca obok dzwonnica z imponującym zegarem astronomicznym, uznawanym za największy na świecie. Codziennie w południe odbywa się tu spektakl, z okien dzwonnicy wynurzają sie ruchome figury, biją dzwony, lew ryczy, kogut pieje.
Ludzie czekający na spektakl w południe pod dzwonnicą
 Według mnie największym skarbem Mesyny są obrazy Caravaggia, znajdujące się w muzeum nieco poza centrum miasta. Kilka lat temu je odrestaurowano, wydobywając na światło pociemniałe szczegóły. Jeden z obrazów to "Wskrzeszenie Łazarza", drugi to "Pokłon pasterzy", oba z 1609 roku, jedne z ostatnich prac malarza. W muzeum jest też ołtarz Antonella da Messina, renesansowego  artysty, z którym koniecznie trzeba zawrzeć bliższą znajomość, jeśli się zwiedza Sycylię.
Caravaggio, "Wskrzeszenie Łazarza"


Mieszkałam w Mesynie przez krótki czas zimą, schodziłam jej ulice, zrozumiałam część problemów, poznałam kilka osób. Nie jest tu na pewno łatwo żyć, mam wrażenie, że ludzie nie mają nadziei na zmiany, ale są pogodni i ironiczni, lubią się bawić, pić wino i nie chcą zaprzątać sobie głowy przyszłością. Może mają rację.


Zimą na plaży niedaleko Mesyny ze znajomym i jego psem...
P.S. Od 4 lat burmistrzem Mesyny jest Renato Accorinti, pacyfista, jeden z przywódców ruchu "No ponte" (przeciwko budowie mostu, który miałby połączyć Sycylię z Kalabrią), aktywista ekologiczny, noszący koszulkę "We are all migrants" i jeżdżący do pracy rowerem. Zobaczymy, czy jego działania przyniosą jakiś pozytywny efekt dla miasta...

Iwona z Santa Fiora

Na początku kwietnia polecieliśmy na 4 dni do Toskanii, żeby odwiedzić właścicieli domów i agroturystyk, którzy zgłosili się do nas z chęcią współpracy. W sumie pojechaliśmy do ośmiu miejsc, wyjazd był więc bardzo intensywny.
Samochód wypożyczyliśmy na lotnisku w Pizie i ruszyliśmy w drogę. Najpierw skierowaliśmy się na północ do Lunigiany, kolejnego dnia pojechaliśmy do Toskanii środkowej w okolice Poggibonsi i do Chianti, następnie do Umbrii i pod Monte Amiata, do Florencji i nad morze, żeby ostatniego dnia przed odlotem wpaść jeszcze do Pieve di Compito niedaleko Pizy. Nocowaliśmy w San Miniato oraz w Loro Ciuffenna u Aldy.
Zobaczyliśmy wspaniałe miejsca i poznaliśmy fajnych ludzi, między innymi Polkę, Iwonę. Iwona pracuje w Rzymie, ale kilka lat temu zakochała się w pewnym starym kamiennym domu w Santa Fiora w Toskanii, u stóp wygasłego wulkanu, Monte Amiata. Kupiła więc ten dom, powoli wyremontowała i teraz dzieli się nim z gośćmi. Naprawdę jest to dzielenie się, a nie zwykły wynajem. Na każdym kroku widać miłość właścicielki do tego miejsca! Opowiadała nam o czyszczeniu ścian, sadzeniu i pielęgnowaniu roślin, wyszukiwaniu mebli na targach staroci... Iwona jest cichą, serdeczną osobą, dla niej samej warto odwiedzić Santa Fiora i spędzić tam wakacje. Zapraszamy gorąco!

www.toskania.org.pl/noclegi/santafiora/

Iwona przed jej ukochanym domem

Przepyszne ciasto, które na nas czekało. Można je kupić tylko w tej okolicy.


Wino i słodycze, czego chcieć więcej...
Stolik przed domem, z prawej oryginalny piec do pizzy.
Wnętrze domu Iwony

Miasteczko Santa Fiora słynie z tzw. Peschiery, czyli basenu, w którym hodowane są pstrągi i jesiotry. Basen pochodzi ze średniowiecza. Tuż obok stoi kościół "Na wodzie" - pod posadzką ze szkła widać bijące źródła i przepływającą wodę. 

La Peschiera w Santa Fiora
Kościół "Na wodzie" w Santa Fiora