Barletta – miasto plaż i Kolosa

Już od kilku dni Facebook przypomina mi intensywnie, że dokładnie rok temu byłam w Apulii. Podsuwa zdjęcia, sugeruje, żeby ponownie je opublikować – poddaję się więc niejako naciskom i piszę pierwszy post o tym regionie.
Znam Apulię dość dobrze, byłam tam kilka razy latem, jesienią i zimą. Ten region zachwyca. Powtarzam zawsze, że Toskania jest piękna i bogata w dzieła sztuki, ale to Apulia pożre ci serce.
Uwielbiam Trani ze wspaniałą katedrą nad morzem, zatrzymane w czasie Bari czy białe Monopoli. W ubiegłym roku wybraliśmy jednak na pobyt Barlettę, spore miasto, które w samym centrum ma szerokie, piaszczyste plaże.
Pojechałam z moją siostrą i jej partnerem, mieliśmy podobne oczekiwania. Chcieliśmy trochę zwiedzać, ale większość czasu spędzić na wypoczynku nad morzem, pływaniu i opalaniu się. Chcieliśmy, żeby do plaży było blisko na piechotę – nie wypożyczaliśmy samochodu, żeby miasto miało stację kolejową i żeby było po prostu ładne. Barletta spełnia te wszystkie wymagania!

Barletta w Apulii

Jak się dostać do Barletty
Z Polski do Bari lataja niezastąpione linie Ryanair www.ryanair.com. Z lotniska w Bari do Barletty jeździ lokalna linia kolejowa www.ferrovienordbarese.it, obecnie z przesiadką w Ruvo. Pociągi są klimatyzowane i dobrze utrzymane. Podróż trwa ok. 1,5 godz., bilet kosztuje 8,20 euro.

Barletta 
Miasto błyszczy, błyszczą jego wyślizgane płyty chodnikowe, zachodzące slońce odbijające się w szybach kamienic i biżuteria w witrynach sklepowych. Kiedy się tu przyjeżdża wieczorem, trwa święto. Na ulicach jest pełno ludzi, wszystkie kawiarnie i lodziarnie są otwarte, grupki młodzieży kupują lody w rożkach, starsi siedzą na ławkach pod Kolosem. Chce się jak najszybciej zostawić walizkę w mieszkaniu i przyłączyć do tłumu.

Wieczór w mieście
Zwiedzanie
Symbolem Barletty jest Kolos, brązowy posąg władcy nieznanej tożsamości, prawdopodobnie porzucony na plaży przez statek wenecki lub przetransportowany do Apulii z Rawenny przez Fryderyka II Hohenstaufa. Ma ok. 4,5 m wysokości, odlano go w V wieku. Kolos stoi obok przepięknego średniowiecznego kościoła San Sepolcro - kościół otwarty jest zazwyczaj wieczorami. 

Kolos "dyrygujący" orkiestrą w czasie lokalnej parady
Kolos z Barletty
Katedra (Santa Maria Maggiore) znajduje się w najstarszej części miasta, wśród wąskich uliczek i placyków. Jak większość apulijskich katedr ma jasną fasadę oraz dzwonnicę wspartą na łuku nad ulicą.W lipcu odbywa się w Barletcie święto patronów miasta (biskupa San Ruggero i Madonny della Sterpeto), z katedry idzie procesja z popiersiem biskupa, rozstawiane są stragany, w nocy organizowany jest pokaz ogni sztucznych itd.

Katedra w Barletcie
 Do zobaczenia w mieście pozostaje jeszcze imponujący zamek, który pamięta czasy Normanów. Stąd wyruszali rycerze na wyprawy krzyżowe. Obecna forma budowli jest wynikiem przebudowy dokonanej w XVI wieku. W tej chwili zamek mieści bibliotekę i muzeum miejskie.

Zamek w Barletcie

Plaże
Apulia zajmuje obcas włoskiego buta. Zdawałoby się, że w plażach można tu przebierać, ale po stronie Adriatyku większa część wybrzeża jest skalista lub niedostępna (zagrodzona, trzeba znać przejścia). Barletta ma plaże szerokie, z drobnym piaskiem, płatne i bezpłatne, dość czyste (a w porównaniu na przykład z plażą w obleganym przez Polaków sycylijskim Trapani - bardzo czyste). Mieszkaliśmy w kamienicy na starym mieście, do najbliższej plaży mieliśmy ok. 400 m, ale zwykle chodziliśmy nieco dalej. W lipcu nie ma tłumów, zawsze się znajdzie dużo miejsca blisko wody. W sierpniu, miesiącu wakacyjnym dla Włochów, plaże są oczywiście bardziej tłoczne.

Plaża w Barletcie

Zachód słońca nad morzem

Jedzenie
Barletta nie jest drogim miastem, ponieważ nie ma tu raczej zagranicznych turystów. Jadaliśmy często w małych knajpkach, gdzie można kupić też jedzenie na wynos - smażone owoce morza, pizza na kawałki, tzw. pucce - rodzaj kanapek z ciasta na pizzę oraz panzerotti - nadziewane pierogi z ciasta drożdżowego, zapiekane w piecu lub smażone. Dwa razy w tygodniu na naszą uliczkę przyjeżdżał sprzedawca warzyw i zawodził przeciągle: "A cinquanta le zucchine..." W sezonie warzywa i owoce są tanie i doskonałe, zwłaszcza soczyste morele, brzoskwinie i pomidory. 

Kalmary

video

Gdzie można dojechać z Barletty
Nawet bez samochodu można w Apulii bardzo dużo zwiedzić. W  Barletcie jest stacja kolejowa włoskich linii krajowych (www.trenitalia.it) i tuż obok wspomnianych już linii Nordbarese ( www.ferrovienordbarese.it) Można bezproblemowo dojechać do Bari, stolicy Apulii, do Alberobello (z przesiadką w Bari), bajkowego miasteczka domów trulli, do fascynującego zamku Fryderyka II, Castel del Monte (pociąg do Andrii, potem busik), do nadmorskiego Bisceglie z bardzo wąskimi uliczkami i wysokimi kamienicami, do Molfetty, przepięknej, zatrzymanej na granicy upadku, wreszcie do Trani, jednego z najpiękniejszych miast południa i Bitonto - mało znanego miasta oddalonego nieco od wybrzeża, ze wspaniałą katedrą, w której wiele lat temu po raz pierwszy spróbowałam pachnącej apulijskiej oliwy...
Alberobello

Andria

Bari

Bari

Bisceglie

Port w Bisceglie

Katedra w Bitonto

Katedra w Bitonto, płaskorzeźba przedstawiająca m.in. Fryderyka II

Castel del Monte na płaskowyżu Murgia



Uliczka w Molfetcie, ściany podparte belkami

Molfetta

Trani, katedra


Informacje praktyczne:
Biuro informacji turystycznej znajduje się przy Corso Garibaldi;
Strona włoskich kolei: www.trenitalia.it
Strony lokalnych linii kolejowych: www.ferrovienordbarese.it oraz www.fseonline.it (te jeżdżą np. z Bari do Alberobello);
W Barletcie rozegrała się słynna (oczywiście słynna lokalnie) potyczka między rycerzami francuskimi i włoskimi, uważana za jedną z pierwszych oznak budzenia się świadomości narodowej. Historia jest nieco skomplikowana - jak cała historia Włoch, możecie o niej przeczytać tutaj: www.centrostoricobarletta.it/?dir-item=cantina-della-disfida
Wolontariusze organizują w Barletcie tzw. free walk, więcej o ich działalności tutaj: www.freetourbarletta.com;


Mesyna - wrota Sycylii

Dla większości Polaków dzisiaj "bramą" Sycylii jest Trapani, miasto posiadające tanie połączenia lotnicze z Polską. Dla mnie jednak to Mesyna pozostanie wrotami wyspy, bo właśnie tutaj przypłynęłam po raz pierwszy - i nie ostatni - promem z lądu.
Do Mesyny można dostać się samochodem, co jest oczywiste, wjeżdża się po prostu na prom albo pociągiem, co jest już mniej oczywiste. W Villa San Giovanni (Kalabria) wagony są rozczepiane i wtaczane po torach na pokład, a potem w Mesynie stacza się je na ląd i łączy z powrotem w pociąg. Podczas nocnej podróży z Rzymu, leżąc na piętrowym łóżku w kuszetce, czułam delikatne kołysanie fal w Cieśninie Mesyńskiej; pierwszy raz w życiu płynęłam pociągiem...

Nabrzeże z torami kolejowymi

Widok na Mesynę z promu
Mesyna widziana z Cieśniny Mesyńskiej

Bloki
Mesyna to nie jest piękne miasto. Już z promu - jeśli się płynie w dzień - widać bloki, bloki, bloki. Wspinają się na zbocze, na którym rozciąga się Mesyna, tworząc zwarte ściany bez szczelin, bez oddechu. Budynki są stłoczone, wybudowane bezładnie, wyglądają na tanie i zaniedbane.
Mesyna została niemal doszczętnie zniszczona przez trzęsienie ziemi w 1908 roku. Zginęła połowa mieszkańców. Prawie wszystko jest tu więc "nowe", dwudziestowieczne i jakby naznaczone niewiarą w trwałość rzeczy materialnych. Po przyjeździe potrzeba trochę czasu, żeby przywyknąć do chaosu i zacząć dostrzegać w nim również przebłyski piękna. To miasto odpycha i fascynuje, jak cała Sycylia.


Mesyna wygląda najlepiej oglądana z góry, z ulic wspinających się na zbocza, z mieniącą się wodą i błękitną Kalabrią w tle. Tak ją należy zobaczyć i tak ją trzeba sfotografować. Jej wartością jest morze (Tak, cały czas gdzieś za plecami mamy morze - powiedział mi znajomy Sycylijczyk), to dlatego bloki tak się tłoczą, wszyscy mieszkańcy chcieliby mieć balkon z widokiem na cieśninę...

Mesyna i Kalabria na drugim brzegu cieśniny
 Z bliska widać brud i zaniedbanie, źle sprzątane ulice, źle działającą komunikację, źle zaparkowane samochody, bezdomne psy, żebraków, czasem mówiących po polsku. Przez miasto jeździ linia tramwajowa, zwana tu metrem oraz autobusy miejskie, które nie mają rozkładu. Wiadomo tylko - i to tylko mniej więcej - o której dany pojazd powinien wyjechać z bazy, dalej już trzeba sobie samemu policzyć, o której dotrze na konkretny przystanek. O ile w ogóle dotrze, bo kierowcy często strajkują; słabo i nieregularnie opłacani nie rwą się do pracy. W autobusach widać głównie kolorowych, rdzenni mesyńczycy mają samochody.
Ale są tu też i pełne ludzi kawiarnie, i bary z doskonałymi drinkami - to tu piłam spritz z sokiem z granatów. Na targu sprzedawcy świeżych ryb kroją bielutkie mięso z powagą i skupieniem, z ciężarówek sprzedaje się świeżutkie czerwone pomarańcze. Uliczne jedzenie jest tanie i smaczne, latem pija się tu lemoniadę z solą na upał i lodowatą granitę kawową.

Mesyna

Stara stacja kolejowa z mozaiką przedstawiająca Mussoliniego


Mesyna

Mesyna

Czerwone pomarańcze

Arancini
W Mesynie zachowało sie tylko kilka zabytków, między innymi wspaniały kościół Santissima Annunziata dei Catalani z XIII wieku, w którym widać wpływy normańskie, bizantyjskie, arabskie i romańskie. Świątynia stoi dziś dużo poniżej poziomu ulicy, który został podniesiony po trzęsieniu ziemi; nie wszystkie gruzowiska dawało się usunąć, więc budowano na nich. Niestety nigdy nie weszłam do środka kościoła, zawsze był zamknięty.

Absyda kościoła Santa Maria dei Catalani


Nieliczni turyści oglądają jeszcze w Mesynie katedrę, odbudowaną po zniszczeniach z 1908 roku, ale większość z nich przyciąga stojąca obok dzwonnica z imponującym zegarem astronomicznym, uznawanym za największy na świecie. Codziennie w południe odbywa się tu spektakl, z okien dzwonnicy wynurzają sie ruchome figury, biją dzwony, lew ryczy, kogut pieje.
Ludzie czekający na spektakl w południe pod dzwonnicą
 Według mnie największym skarbem Mesyny są obrazy Caravaggia, znajdujące się w muzeum nieco poza centrum miasta. Kilka lat temu je odrestaurowano, wydobywając na światło pociemniałe szczegóły. Jeden z obrazów to "Wskrzeszenie Łazarza", drugi to "Pokłon pasterzy", oba z 1609 roku, jedne z ostatnich prac malarza. W muzeum jest też ołtarz Antonella da Messina, renesansowego  artysty, z którym koniecznie trzeba zawrzeć bliższą znajomość, jeśli się zwiedza Sycylię.
Caravaggio, "Wskrzeszenie Łazarza"


Mieszkałam w Mesynie przez krótki czas zimą, schodziłam jej ulice, zrozumiałam część problemów, poznałam kilka osób. Nie jest tu na pewno łatwo żyć, mam wrażenie, że ludzie nie mają nadziei na zmiany, ale są pogodni i ironiczni, lubią się bawić, pić wino i nie chcą zaprzątać sobie głowy przyszłością. Może mają rację.


Zimą na plaży niedaleko Mesyny ze znajomym i jego psem...
P.S. Od 4 lat burmistrzem Mesyny jest Renato Accorinti, pacyfista, jeden z przywódców ruchu "No ponte" (przeciwko budowie mostu, który miałby połączyć Sycylię z Kalabrią), aktywista ekologiczny, noszący koszulkę "We are all migrants" i jeżdżący do pracy rowerem. Zobaczymy, czy jego działania przyniosą jakiś pozytywny efekt dla miasta...

Iwona z Santa Fiora

Na początku kwietnia polecieliśmy na 4 dni do Toskanii, żeby odwiedzić właścicieli domów i agroturystyk, którzy zgłosili się do nas z chęcią współpracy. W sumie pojechaliśmy do ośmiu miejsc, wyjazd był więc bardzo intensywny.
Samochód wypożyczyliśmy na lotnisku w Pizie i ruszyliśmy w drogę. Najpierw skierowaliśmy się na północ do Lunigiany, kolejnego dnia pojechaliśmy do Toskanii środkowej w okolice Poggibonsi i do Chianti, następnie do Umbrii i pod Monte Amiata, do Florencji i nad morze, żeby ostatniego dnia przed odlotem wpaść jeszcze do Pieve di Compito niedaleko Pizy. Nocowaliśmy w San Miniato oraz w Loro Ciuffenna u Aldy.
Zobaczyliśmy wspaniałe miejsca i poznaliśmy fajnych ludzi, między innymi Polkę, Iwonę. Iwona pracuje w Rzymie, ale kilka lat temu zakochała się w pewnym starym kamiennym domu w Santa Fiora w Toskanii, u stóp wygasłego wulkanu, Monte Amiata. Kupiła więc ten dom, powoli wyremontowała i teraz dzieli się nim z gośćmi. Naprawdę jest to dzielenie się, a nie zwykły wynajem. Na każdym kroku widać miłość właścicielki do tego miejsca! Opowiadała nam o czyszczeniu ścian, sadzeniu i pielęgnowaniu roślin, wyszukiwaniu mebli na targach staroci... Iwona jest cichą, serdeczną osobą, dla niej samej warto odwiedzić Santa Fiora i spędzić tam wakacje. Zapraszamy gorąco!

www.toskania.org.pl/noclegi/santafiora/

Iwona przed jej ukochanym domem

Przepyszne ciasto, które na nas czekało. Można je kupić tylko w tej okolicy.


Wino i słodycze, czego chcieć więcej...
Stolik przed domem, z prawej oryginalny piec do pizzy.
Wnętrze domu Iwony

Miasteczko Santa Fiora słynie z tzw. Peschiery, czyli basenu, w którym hodowane są pstrągi i jesiotry. Basen pochodzi ze średniowiecza. Tuż obok stoi kościół "Na wodzie" - pod posadzką ze szkła widać bijące źródła i przepływającą wodę. 

La Peschiera w Santa Fiora
Kościół "Na wodzie" w Santa Fiora


Pizza z pesto z orzechów nerkowca

Czy jedliście kiedyś pizzę z pesto? Na pewno nie jest to związek tradycyjny, ale jeśli lubicie nowe smaki, to zachęcam do spróbowania. Można taką pizzę zamówić w niektórych pizzeriach albo zrobić samemu. I nic nie stoi na przeszkodzie, by zmodyfikować też przepis na pesto i zamiast orzeszków piniowych użyć orzechów nerkowca!



Pesto z orzechów nerkowca

Dużą garść podprażonych orzechów kroimy drobno nożem na desce. Podobnie kroimy umyte i osuszone liście bazylii. Proporcje mogą być dowolne, choć bazylii powinna być też co najmniej duża garść. Mieszamy razem i dodajemy starty twardy ser (grana padano, parmezan, około łyżki). Zalewamy oliwą,

Fot. Zbyszek Kata

Przepis na pizzę podawałam już kiedyś, ale powtórzę:

1kg mąki (najlepiej włoskiej typu 00)
5dkg drożdży
łyżeczka soli
woda
8 łyżek oliwy

Są to składniki na 5 pizz na blachę o średnicy 37 cm.

Fot. Zbyszek Kata

Ciasto: Do dużej miski rozkruszyć drożdże, wlać ok. 0,5 litra ciepłej wody, wymieszać do rozpuszczenia. Można zostawić na chwilę w ciepłym miejscu. Wsypać mąkę, sól i zacząć wyrabiać ciasto, dodać oliwę i potem dolewać powoli tyle ciepłej wody, żeby wyrobić miękkie, sprężyste ciasto (ok. 1-1,5 szklanki). Miskę przykryć ściereczką, odstawić w ciepłe miejsce na ok. 2 godz. Potem krótko wyrobić, podzielić na 5 części. Rozwałkować jedną na cieniutki placek i przełożyć na blachę - najlepsza jest blacha z otworami.


Następnie placek trzeba skropić oliwą, posmarować cienko sosem pomidorowym, rozłożyć mozzarellę (drobno pokrojoną) - ja używam zawsze tradycyjnej mozzarelli, tej białej z zalewy. Na mozzarellę kładziemy pokrojonego w kawałeczki pomidora. Pieczemy w temperaturze ok. 300 stopni, aż ciasto się przyrumieni. Potem pizzę trzeba wyjąć, rozłożyć na niej łyżeczką kupki pesto i włożyć jeszcze na minutę do piekarnika, żeby pesto się rozgrzało, ale nie spiekło.
Na koniec posypujemy gorącą pizzę startym grubo parmezanem lub innym twardym serem o wyraźym smaku.

Fot. Zbyszek Kata


Na piechotę do ciężarnej Madonny

Lubię chodzić pieszo, ale niekoniecznie na pielgrzymki czy długie, ekstremalne wyprawy, z których potem pisze się relacje książkowe. Po prostu lubię czasem przejść kilka kilometrów, a czasem muszę je przejść, bo nie mam czym dojechać.
W Monterchi byłam wcześniej samochodem dwa razy, ale któregoś lata spędzałyśmy z siostrą wakacje w San Giovanni Valdarno i nie miałyśmy auta. Ona w Monterchi nie była, więc postanowiłyśmy wybrać się tam środkami komunikacji publicznej.
Z San Giovanni dojechałyśmy pociągiem do Arezzo i tam wsiadłyśmy w autobus jadący do Sansepolcro. Proste? Nie do końca. Kasjerka na dworcu w Arezzo nie mogła znaleźć w rozkładzie autobusu, który ja wyszukałam wcześniej w internecie. Musiałam jej wytłumaczyć, jak czytać rozkład - autobus się szczęśliwie odnalazł :) Rozkład znajdziecie tutaj.
Autobus nie dojeżdża do centrum miasteczka, trzeba wysiąść na dole przy parkingu. Przegapiłybyśmy przystanek, gdyby kierowca się nie zatrzymał i nie powiedział nam, że to tutaj. Warto więc przy wsiadaniu powiedzieć kierowcy, gdzie się chce wysiąść.

W drodze do Monterchi

 Do centrum Monterchi  jest stąd bardzo blisko (niecały kilometr), idzie się pod górę, ale droga nie jest bardzo męcząca, nawet w upale. Tuż przed naszą wizytą spadł grad - to niezwykłe latem w Toskanii - więc pobocza pokryte były grudkami lodu. Powietrze oczyściło się i ochłodziło na pół godziny, a potem znowu zrobiło się gorąco.

Grad w lipcu

Tak wygląda pejzaż koło Monterchi
Monterchi słynie z jednego fresku, "Madonny brzemiennej" Piera della Franceski ("Madonna del Parto"). Jest to wspaniałe dzieło przedstawiające Matkę Boską ciężarną, z półprzymkniętymi oczami, w towarzystwie dwóch aniołów, podtrzymujących kotarę. Wizerunek brzemiennej Madonny to wielka rzadkość w malarstwie renesansowym. W muzeum nie ma żadnych innych dzieł sztuki, co też jest wyjątkowe.
Budynek stoi na obrzeżach Monterchi, naprzeciwko starego klasztoru. Weszłyśmy do środka, byłyśmy w muzeum same, nikt nam nie przeszkadzał w podziwianiu Madonny.
Kobiety przy nadziei mogą wejść za darmo - zazwyczaj odwiedzają to miejsce, żeby się pomodlić przed tym szczególnym przedstawieniem Matki Boskiej.

Budynek muzeum w Monterchi

"Madonna del Parto", Piero della Francesca

Później, z tym samym biletem, odwiedziłyśmy całkkiem ciekawe muzeum wag w starym centrum miasteczka.

Wagi do ważenia niemowląt
Samo miasteczko warte jest też spaceru. Ma wąskie, ładne uliczki, place i punkty widokowe, z których widać odległe, zielone wzgórza.

Monterchi

Powrót z tego miasteczka położonego na skraju Toskanii był nieco bardziej skomplikowany. Z Monterchi nie jechał żaden autobus, musiałyśmy dojść do Le Ville - ok. 3,5 km. Nie chciałyśmy iść nudną szosą asfaltową, więc wybrałyśmy ścieżkę na przełaj, między polami przekwitłych już w lipcu słoneczników. Zgubiłyśmy się szybko, ale na szczęście było tam jakieś gospodarstwo i ludzie pokazali nam drogę. Idąc wzdłuż rzeki, odpierałyśmy nieustające ataki much :)

Droga powrotna nad rzeczką

Widok na Monterchi z drogi przez pola

W końcu dotarłyśmy na przystanek w Le Ville, usiadłyśmy i czekałyśmy na autobus. To był ostatni kurs do Arezzo, gdyby autobus nie przyjechał, to pewnie musiałybyśmy tam nocować. Drogą prawie nic nie jeździ, więc złapanie stopa nie wchodziło w grę. Ale autobus się pojawił i udało nam się wrócić do San Giovanni tego samego dnia.

Hurra, dotarłyśmy!

Pamiętajcie, że latem jeździ po Toskanii mniej autobusów niż w ciągu roku szkolnego! Rozkład najlpiej sprawdzać na bieżąco.