Planowanie wyjazdu do Toskanii

Zbliżają się wakacje, a ja dostaję coraz więcej maili z prośbą o pomoc, której to pomocy udzielić nie jestem w stanie. Piszą do mnie ludzie, którzy marzą o Toskanii, widzieli zdjęcia w internecie, wiedzą, jak tam jest pięknie. Najchętniej chcieliby wyjechać w lipcu lub sierpniu, najchętniej tanio, może na 9, a może na 11 dni, a jeśli możliwe, to do klimatycznego domku z widokiem na morze... Czasem przyznają się, że szukają noclegu już trzeci miesiąc i nic nie ma odpowiedniego, wszystko zajęte, więc liczą, że ja sprawię cud. Acha, basen oczywiście obowiązkowy, a loty znajdą, kiedy podam im wolne terminy.

Basen na wyłączność, marzenie do spełnienia w Toskanii


Jeśli naprawdę chcecie pojechać do Toskanii w ostatniej chwili, to musicie albo mieć sporo pieniędzy, albo musicie się trochę dostosować do ofert, które jeszcze są. Uwierzcie, już w maju większość letnich terminów jest pozajmowana! Do Toskanii wybiera się przecież pół świata :) Wolne zostają najdroższe oferty. Mimo to można sobie zaplanować fajny wyjazd, tylko trzeba to zrobić z głową.

Przede wszystkim, zanim zaczniecie marzyć, sprawdźcie loty. Nie są one codziennie, nie są z każdego lotniska w Polsce, a w Sienie czy Cortonie lotnisk nie ma :) Pełną listę lotów podaję na naszej stronie toskania.org.pl/podroz-do-toskanii/

Segwayem po Florencji? Czemu nie.


Jedyne lotnisko w Toskanii z tanimi lotami z Polski, to lotnisko w Pizie. Lecieć można jednak również do Bolonii (110 km od Florencji, 2 godziny samochodem lub 35 minut szybkim pociągiem), do Rzymu lub do Florencji z przesiadką (np. Alitalią). Jeśli przylot jest o 23 i chcecie wypożyczyć samochód, to musicie się skontaktować bezpośrednio z daną wypożyczalnią i zapytać, do której pracują. W Pizie nie ma całodobowych wypożyczalni aut. Pamiętajcie też o konieczności posiadania karty kredytowej. Jeśli przylot jest późno, to zanim zarezerwujecie mieszkanie, upewnijcie się, czy właściciele przyjmą Was w środku nocy, czasem lepiej spędzić noc w pobliżu lotniska - ale też trzeba sprawdzić, czy jakiekolwiek hotele mają miejsca.

Warto też zawsze sprawdzić loty czarterowe, są one często bardzo tanie, jeśli wylot jest w ciągu kilku dni od dnia rezerwacji. Itaka oferuje loty do Grosseto (to w Toskanii), skąd łatwo dojechać nad morze, na przykład do Principiny, która słynie z szerokich, piaszczystych, darmowych plaż - toskania.org.pl/principina-a-mare/


Cinque Terre latem, ciasno i ciepło


Kiedy już znajdziecie możliwe loty i ustalicie, czy wypożyczacie auto, czy chcecie korzystać tylko z pociągów i autobusów, możecie zacząć szukać noclegu. Agroturystyki z basenami zazwyczaj przyjmują gości na pobyty tygodniowe od soboty do soboty. Wiem, że to niesprawiedliwe, ale to właściciele decydują :)

Sieć autobusowa w Toskanii nie jest bardzo gęsta, służy głównie młodzieży szkolnej, nie turystom. Nie liczcie na to, że do agroturystyki na wzgórzu wśród cyprysów podjedziecie lokalnym pekaesem :) Nawet jeśli na danej trasie jeździ autobus, to zwykle zaledwie kilka razy dziennie, a w niedziele w ogóle. Jeżeli nie macie samochodu, to wybór noclegów staje się bardzo ograniczony. Warto wynająć coś w mieście lub miasteczku, gdzie jest stacja kolejowa, żebyście mogli się po Toskanii przemieszczać - chyba że 3-5 km pieszo do stacji to dla Was nie problem. Polecam Florencję, San Giovanni lub Marlię. Oczywiście trzeba sprawdzić, jak się dostać z lotniska do danej miejscowości, co jeździ, w jakich godzinach - tu znów uczulam, że nie wszędzie są nocne pociągi.

Dobra mapa to podstawa :)


Jeśli chcecie pojechać własnym samochodem z Polski i jesteście elastyczni co do dat, to oczywiście macie dużo więcej możliwości. Wówczas możecie zacząć od szukania noclegu, pomijając wszystkie te przeszkody transportowo-czasowe :) Pamiętajcie jednak, że najlepsze oferty z basenami i kwatery nad morzem są już od dawna zajęte.

Mam nadzieję, że Was nie zniechęciłam, tylko pomogłam w realnym planowaniu. Marzyć możecie dowolnie, ale ja opowiadam się za realizacją marzeń :) Toskania jest tak ciekawa i piękna, że naprawdę warto ją odwiedzić, porzucając mrzonki i mierząc się z rzeczywistością, niekiedy naprawdę wspanialszą niż wyobrażenia :)

Florencja latem, tłumna, ale wspaniała


San Gimignano - wieże i freski

Im lepiej znam Toskanię, tym bardziej ją cenię i mam coraz więcej zrozumienia zarówno dla umęczonych turystów, jak i umęczonych miejscowych.
San Gimignano to jedno z najpopularniejszych miasteczek regionu - kto nie chciałby zobaczyć tego średniowiecznego Manhattanu, miasta, w którym zachowało się aż tyle średniowiecznych wież... W dodatku znajduje się tu lodziarnia uznawana czasem za najlepszą we Włoszech albo i w całym wszechświecie. Pamiętam naszą pierwszą wizytę tutaj kilkanaście la temu. Dzień targowy, wszędzie piekielny tłum snujący się bez wyraźnego celu, stragany z owocami, warzywami i tandetnymi ubraniami, tu ktoś cię potrąci, tam nadepnie, tu wrzaśnie prosto do ucha. Jednym słowem turystyczna masakra, o której chciałoby się zapomnieć. Ale nie można, bo przecież Iwaszkiewicz opisywał San Gimignano z taką czułością i chciałoby się odnaleźć choć jakiś delikatny cień po tym dawnym mieście sprzed czasów totalnej komercji, bo freski - nie tylko w kolegiacie, ale i w kościele Sant'Agostino, no i wieże, przecież one naprawdę zachwycają! 

Do San Gimignano warto przyjechać po południu,  kiedy wycieczki zorganizowane opuszczają miasteczko i robi się luźniej na ulicach i na parkinach. Miejscowość jest malutka, ma jedną główną ulicę i dwa przepiękne place miejskie obok siebie. Godzinę trzeba przeznaczyć na obejrzenie fresków w kolegiacie (bilet kupuje się po lewej stronie od wejścia do kościoła). Całe wnętrze pokryte jest dobrze zachowanymi malowidłami z XIV-XV wieku, a to rzadkość nawet w Toskanii. Jeśli lubicie freski, to musicie tu wejść. W środku zazwyczaj nie ma wielu turystów. Autorami fresków są m.in. Domenico Ghirlandaio i Lippo Memmi. Drugim kościołem, wartym obejrzenia, jest Sant'Agostino z freskami Benozza Gozzoli. Przy placu, przy którym stoi kościół, na ścianie kamienicy znajduje się tabliczka upamiętniająca pobyt tutaj Jarosława Iwaszkiewicza, z błędną datą śmierci. 


Warto też wyjść kawałeczek poza miasto, by zejść do źródeł miejskich, dawnych pralni pod murami, przy Via delle Fonti. Kamienne łuki i baseny na wodę wybudowano w średniowieczu. Piękny jest stąd widok na wieże San Gimignano.
A lody, powiem Wam w tajemnicy, możecie zjeść gdziekolwiek, nie warto stać w kolejce do Dondoli, jeśli jest bardzo długa :)


Gozo i Malta

Migawki z bardzo krótkiej podróży na Maltę i Gozo

Myślicie, że podróżuję tylko do Włoch? No prawie. Jednak od czasu do czasu zdarza mi się zatęsknić za obejrzeniem nowych miejsc, zupełnie innych niż Italia. Na początku marca wybraliśmy się na Maltę - żeby zobaczyć Caravaggia oraz na Gozo - żeby zobaczyć Gozo.
O tych wyspach w internecie można znaleźć mnóstwo przydatnych, aktualnych informacji; o autobusach, promach, noclegach, restauracjach itd. Wszystko się potwierdziło, z niczym nie mieliśmy problemu. Zazwyczaj pisze się też, że to małe wyspy i kilka dni wystarczy na ich poznanie. Moim zdaniem to nieprawda. Byliśmy cztery dni i to zdecydowanie za krótko, żeby poznać Maltę, ba, na samo Gozo (14 km x 7 km) przeznaczyłabym co najmniej tydzień! Zostawiam Was ze zdjęciami. Miłego!

Gozo

Gozo, widok z twierdzy w Victorii

Gozo, pole kwiatów

Gozo, Marsalforn

Gozo, widok z Victorii

Gozo

Gozo, Marsalforn

Gozo, Marsalforn

Gozo

Gozo

Gozo, widok z Zebugg

Malta, Sliema

Malta, Sliema

Malta, Valletta

Malta, Valletta

Caravaggio

Valletta

Valletta

Valletta

Valletta

Valletta

Valletta

Malta, Birgu

Malta, Birgu

Caravaggio

Valletta


Florenckie lilie i japońskie pędzelki. Wokół majoliki

Publikuję tekst sprzed kilku lat o toskańskiej majolice. Ta wytwórnia już nie istnieje, a Ruriko zajmuje się czymś innym w życiu, ale metody produkcji są wciąż takie same. I wspomnienie tamtego upalnego dnia jest ciągle żywe we mnie. 



Jeśli kiedykolwiek kupiliście we Włoszech ceramiczną miseczkę ozdobioną wzorem gałązki oliwnej albo podobny bibelot, zapewne weszliście w posiadanie majoliki, czyli przedmiotu wykonanego w ten sam sposób, co na przykład renesansowe tonda ze Szpitala Niewiniątek we Florencji. Na przestrzeni kilkuset lat metody produkcji zmieniły się bowiem w bardzo niewielkim stopniu.
Majolikę najprościej można określić jako wyrób z gliny, pokryty szkliwem cynowym. Technikę jej wytwarzania udoskonaliła i rozpowszechniła florencka rodzina artystów-rzemieślników, della Robbia.
Luca della Robbia, rzeźbiarz pracujący początkowo u boku Donatella, był tym, któremu udało się wzmocnić kruchą glinę i uzyskać trwałe barwniki. Zaczął wytwarzać płaskorzeźby w charakterystycznych kolorach bieli i kobaltowego błękitu, czystego jak włoskie niebo. Po Luce warsztat przejął bratanek Andrea, potem tradycję kontynuowali jego synowie. Ostatni z rodu, Girolamo, zmarł we Francji w 1566 roku.
Tonda della Robbiów, przedstawiające niemowlęta w powijakach, popiersia delikatnych Madonn spotykane w niemal każdym zakątku Toskanii, czy wreszcie nadzwyczajnej urody portret dziewczyny przechowywany w muzeum Bargello to dzieła, których się łatwo nie zapomina. Dziś wytwarzaniem włoskiej majoliki zajmują się nie tylko Włosi i nie tylko artyści, teoretycznie zabrać się za to może każdy.
Ruriko jest Japonką, w ojczyźnie studiowała sztukę, od ośmiu lat mieszka w Toskanii i maluje ceramiczne miski, talerze, kubeczki. Stwierdza skromnie, że nie wymaga to żadnych artystycznych zdolności, ale jej nie wierzę. Przy pierwszej nadarzającej się okazji jedziemy więc razem do Montelupo Fiorentino, gdzie Ruriko pracuje.
 Miasteczko, położone około 35 km na zachód od Florencji, turystom raczej nieznane, jest jednym z centrów wyrobu ceramiki we Włoszech środkowych. Inne to Deruta albo Faenza - od której pochodzi słowo fajans, czyli inna nazwa majoliki. Technikę wynaleziono dużo wcześniej, zanim zajęli się nią della Robbiowie. Przybyła do Europy ze Wschodu, prawdopodobnie z Persji, a do Włoch trafiła w XIII wieku poprzez Majorkę, od której wzięła miano. Największy rozkwit tej dziedziny zdobnictwa przypadł na okres renesansu. Złoty wiek Montelupo to lata 1450-1530, kiedy miejscową ceramikę sprzedawano nie tylko w basenie Morza Śródziemnego, ale także do domów angielskich czy holenderskich. Dziś w Montelupo, zamieszkałym przez niewiele ponad 10 tysięcy osób, znajduje się około 120 warsztatów ceramicznych, zatrudniających ponad 1000 pracowników i wytwarzających przedmioty zarówno tradycjonalne, jak i dekorowane wzorami współczesnymi.
 Droga do Montelupo zajmuje nam około 1,5 godziny pociągiem – Ruriko idzie mi na rękę i nie wyrusza jak co dzień o 7 rano, ale dopiero o 9. Kiedy docieramy do miasteczka, panuje już straszny upał, a my musimy pokonać jeszcze dwa kilometry pieszo; zazwyczaj Ruriko jedzie rowerem, tego dnia prowadzi go obok siebie. Przychodzimy do warsztatu o 11, jestem zmęczona i spocona, na granicy udaru słonecznego, marzę o odpoczynku w chłodzie.

Pracownia Riba, oznaczona rysunkiem dwóch delfinów, mieści się w wielkim, klockowatym budynku przypominającym hangar. Ponieważ rano został otwarty piec z wypaloną majoliką, w środku jest jeszcze goręcej niż na dworze. Pracują tu cztery osoby: właściciele, czyli Vincenzo Rizzi i jego żona Antonella, Ruriko oraz Tomomi, również Japonka. Vincenzo siedzi za okrągłym stołem z pędzlem w ręku, nad białym, jakby pokrytym kredą półmiskiem, jego żona stoi przy kadzi wypełnionej płynem podobnym do mleka, w którym zanurza kolejne talerze. Pozwalają mi robić zdjęcia, przyglądać się i pytać o wszystko.
Najpierw jednak Ruriko zabiera mnie na piętro, do szkoły ceramiki, którą kilka lat temu ukończyła. W ten sposób zobaczę od początku cały proces obróbki gliny, bo na dole w warsztacie tylko się ją dekoruje. Uprzejmy dyrektor przerywa jedzenie spaghetti i otwiera nam wszystkie pomieszczenia. W magazynie leżą szczelnie zafoliowane paczki z wilgotną gliną. Surowa ma kolor szaro-zielonkawy, dopiero po wypaleniu w piecu staje się biała lub brązowawa (po włosku mówi się, że czerwona, po polsku można określić ten kolor jako bladoceglasty). Biała (terra bianca) jest droższa, a przedmioty z niej wytworzone są nieco trwalsze od tych z czerwonej (terra rossa).
 Do formowania gliny służą tradycyjne koła garncarskie. Gotowe naczynia wędrują do pieców, kiedyś opalanych drewnem, dziś elektrycznych, potem oblewa się je szkliwem, maluje i ponownie wypala. W jednej ze szkolnych sal, na drewnianych regałach, ustawiono pokazowe prace uczniów i mistrzów: pękate wazy, smukłe wazony, gładkie talerze zdobione głównie w sposób tradycyjny, z przewagą bieli, błękitu, zieleni i żółci. Najpiękniejsze są te z precyzyjnymi rysunkami wijących się i przeplatających linii, pokryte kwiatami, drobnymi spiralami, liśćmi i wzorami geometrycznymi. Uczniowie przyjeżdżają ze wszystkich stron świata, wystarczy zapłacić za semestr i można zanurzać ręce w glinie.

Wracamy do warsztatu. Antonella za pomocą specjalnych szczypiec wkłada talerze do kadzi z rozrobionym szkliwem, następnie wyciera je od spodu – inaczej skleiłyby się z podłożem podczas wypalania - ogląda uważnie z każdej strony i ustawia na półce. Naczynia muszą schnąć co najmniej jeden dzień, zanim będzie można je malować.
Kiedy przedmioty dostatecznie wyschną, wykonywany jest szkic. Przykłada się szablon, czyli cienki papier ponakłuwany wzdłuż linii rysunku i małym woreczkiem z węglem drzewnym pociera tak, by przechodzący przez dziurki czarny pył odbił się na powierzchni naczynia. Szkice nie są więc bardzo precyzyjne, wbrew opinii Ruriko potrzeba sporo umiejętności malarskich, by powstały zarys wypełnić kolorami. Podobną technikę stosowano przy malowaniu fresków.

Ruriko, Tomomi i Vincenzo siedzą przy trzech obrotowych stołach, na których na specjalnych podstawkach stoją kubki, dzbanki, wazoniki; resztę miejsca zajmują stłoczone pojemniki pełne pędzli oraz naczynia z rozrobionymi farbami, butelki z wodą, szmatki, gąbki. Obracając blat, rysuje się na każdym naczyniu ten sam mały fragment wzoru, płatek kwiatu, obwódkę łodyżki. Jest to żmudne zajęcie, jak gdyby artysta stał przy taśmie w fabryce! Powoli przybywa kolorów, szkice nabierają wyrazistych kształtów. Ruriko może pomalować dziennie nawet 100 kubków.
Do napisów i cienkich linii dziewczyny używają małych pędzelków, które w ich rękach wyglądają zupełnie jak japońskie pióra do kaligrafii. Vincenzo sięga po kawałek gąbki z naciętą powierzchnią i stempluje identyczne wzorki na obwodzie talerza. Przypomina mi się przedszkole, gdzie robiliśmy podobne pieczątki z … ziemniaka. Vincenzo śmieje się i kiwa głową ze zrozumieniem, w końcu Polska jest krajem ziemniaka, wie o tym każdy, nawet tu, w Montelupo.

Pomalowane przedmioty można od razu wkładać do pieca. Ustawia się je na półkach, każdy na glinianej podkładce i wypieka w temperaturze 960 stopni przez 20 minut. Chropawe, matowe, blade szkliwo na skutek działania wysokiej temperatury topi się i zmienia w błyszczącą, twardą, gładką jak szkło powłokę o intensywnych kolorach. Pytam, czy można zajrzeć do pieca podczas wypalania, żeby zobaczyć ten fascynujący proces, ale Vincenzo kręci głową. Podobno nie wygląda to aż tak spektakularnie, jak sobie wyobrażam.
Podchodzę do gotowych wyrobów, które niedawno opuściły piec, są jeszcze gorące. Przypatruję się równo poukładanym korkom do butelek z toskańskim pejzażem, miseczkom zdobionym rysunkiem czarnych oliwek, a także kubkom z geometrycznymi wzorami, zupełnie nowoczesnymi. Rizzi postawili na współczesność, ponieważ, na skutek dużej konkurencji, trudno znaleźć nabywcę przedmiotów klasycznych. - Wszystkie te kubki pojadą do Nowego Jorku – tłumaczy Vincenzo.

Pytam o tonda della Robbiów. Okazuje się, że ich kopie można zamówić u zaprzyjaźnionego twórcy. Przeglądam katalog, ale na zdjęciach wyglądają dużo brzydziej niż oryginały, więc nie decyduję się na zakup – choć kusi mnie pomysł powieszenia włoskiego tonda na naszym polskim drewnianym domu.
Rizzi prowadzą na miejscu mały sklepik ze swoimi wyrobami. Czy nie chcieliby sprzedawać ich także do Polski? Oczywiście, bardzo chętnie, problem jednak w tym, że nie mają strony internetowej, ba, nie mają nawet własnego adresu mailowego. Nie mówią też w żadnym języku poza włoskim. Później Ruriko zdradza mi, że i telefon komórkowy jest dla nich przedmiotem zbyt nowoczesnym. 

Vincenzo, pochodzący z Sycylii, przywędrował w poszukiwaniu pracy do Toskanii jeszcze jako nastolatek. Zatrudnił się w fabryce ceramiki i dopiero kilka lat temu – dziś dobiega pięćdziesiątki – udało mu się przejść na swoje. Pracuje od rana do nocy, nie ma czasu na nic innego.
Minęła 14, pora się zbierać. Tuż przed pożegnaniem mówię Rizzim, że słowo "riba", widniejące w nazwie firmy, brzmi prawie jak polska ryba. Dziwi ich to niezmiernie i jeszcze bardziej zacieśnia więź między nami. Vincenzo podchodzi do regału, sięga na jedną z najwyższych półek i zdejmuje śliczną, lekko zakurzoną miseczkę. - Dla ciebie, zawieź do Polski – mówi.
Żegnam się z nimi ciepło. Przede mną długa i kręta droga na stację kolejową. – Idź cały czas prosto – radzą mi Rizzi zupełnie poważnie. Już na pierwszym zakręcie tracę orientację, ale na szczęście zjawia się miejscowa kobieta i pokazuje mi właściwy kierunek. Słońce pali jeszcze mocniej niż przed południem, ulice są wyludnione. Nie mam siły ani na zwiedzanie położonej na wzgórzu, zabytkowej części miasteczka, ani Muzeum Ceramiki, które mieści się niedaleko dworca.

Ruriko, jak co dzień, będzie pracować aż do wieczora. Po trzech godzinach spędzonych w suchym, gorącym wnętrzu warsztatu, pokryta warstewką białego pyłu, zaczynam przychylać się do jej opinii na temat uzdolnień koniecznych przy wyrobie majoliki. Może rzeczywiście nie talent staje się najważniejszy, ale samozaparcie oraz wytrzymałość fizyczna i psychiczna.
Anna Goławska

Zwiedzanie Florencji - katedra, baptysterium, dzwonnica...

Florencja to miasto trudne. Nie umiem odpowiedzieć na powtarzające się pytanie, czy w czasie tygodniowego pobytu w Toskanii warto jeden dzień poświęcić na Florencję. Z reguły jednodniowi turyści wyjeżdżają z Florencji zmęczeni, oszołomieni i nieco rozgoryczeni - ja również miałam takie odczucia po pierwszej wizycie w stolicy Toskanii bardzo dawno temu. Jeśli jednak zatrzymamy się w mieście na dłużej, to się nim zachwycimy, nasycimy i odkryjemy jego niełatwe piękno.
Mieszkałam przez kilka miesięcy niedaleko Florencji, więc mogłam jeździć tam co parę dni, zwiedzać ją bez pośpiechu, za to dokładniej i wolniej, bez stresu. Spędziłam też niedawno we Florencji jeden tydzień, żeby poznać jej aspekt wieczorny, zobaczyć nocą i wczesnym rankiem. To miasto trudne, ale miasto wspaniałe.



Noc na placu katedralnym

 
Niedawno pisałam o zwiedzaniu Galerii Uffizi, dziś skupię się na centrum religijnym miasta.
Katedra, krypta, dzwonnica, baptysterium oraz nowe muzeum katedralne... Nie da się tego wszystkiego obejrzeć w jeden dzień. Czasowo oczywiście tak, ale taki wyczyn nie miałby sensu! Już choćby dlatego trzeba się we Florencji zatrzymać na co najmniej 2 dni.

Obowiązuje jeden bilet wstępu do wszystkich zabytków (oprócz katedry, gdzie wchodzimy za darmo). Kosztuje 15 euro, można go kupić przez internet, koniecznie trzeba wówczas go wydrukować. Kasy biletowe, w tym również automaty, znajdują się po lewej stronie katedry (stojąc przodem do fasady), przy Piazza San Giovanni 7.
Dostępne są bilety zniżkowe: 3 euro - dzieci w wieku 6-11 lat oraz bilet darmowy - do nabycia tylko w kasach, m.in. dzieci do lat 6, duchowni, osoby niepełnosprawne. Ponadto konieczna jest rezerwacja godziny wejścia na kopułę (bez dopłaty) - online lub w kasach automatycznych.
Bilet jest ważny przez 48 godzin od momentu wejścia do pierwszego obiektu. Daty rezerwacji wstępu na kopułę nie można zmienić. Do każdego zabytku można wejść tylko raz.
Baptysterium, katedra i dzwonnica


Katedra Santa Maria del Fiore zajmuje dużą część centralnego placu miasta, a jej gigantyczną kopułę, przedmiot dumy florentczyków, widać z odległości wielu kilometrów. Budowę zaczęto w XIII wieku, na pozostałościach wcześniejszego kościoła (Santa Reparata), którego fundamenty można obejrzeć w podziemiach. Kopułę ukończono w wieku XV, a fasadę w XIX. Wejście do katedry jest darmowe  - podkreślam to, bo wielokrotnie widziałam w internecie nieprawdziwe informacje o biletach. Zazwyczaj trzeba postać w kolejce, ale przesuwa się ona dość szybko. Do katedry wchodzi się drzwiami z lewej strony - stojąc przodem do fasady. Wnętrze jest prawie puste, większość rzeźb została przeniesiona do muzeum. Do kościoła warto jednak wejść, żeby zobaczyć na własne oczy, jak wielki jest to budynek (trzecia co do wielkości katedra na świecie), obejrzeć freski przedstawiające Dantego i kawalera Giovanniego Acuto na koniu oraz spojrzeć od dołu w przepastną kopułę mistrza Brunelleschiego. Można zwiedzić podziemia (za biletem), gdzie znajduje się m.in. grób Brunelleschiego.
Kopuła katedry sfotografowana z dzwonnicy


Na kopułę wchodzi się bocznymi drzwiami, z lewej strony katedry - stojąc przodem do fasady. W sezonie (od maja do października) godzinę wejścia należy rezerwować co najmniej dwa dni wcześniej, inaczej może być już wszystko zajęte. Najwygodniej wspinać się tuż po otwarciu, bo wówczas jeszcze nikt nie schodzi. Schody wiodące na kopułę są strome i dość ciasne, a jest ich aż 463.
Cały wysiłek wynagradza jednak radość z przebywania we wnętrzu tak niezwykłej konstrukcji architektonicznej, oglądanie z bliska fresków Vasariego na wewnętrznych ścianach kopuły, wreszcie wyjście na powietrze na górze i widok miasta w dole, z jego kościołami, nitkami ulic i zamglonymi wzgórzami, które je otaczają. Jak wiadomo, Brunelleschi wygrał konkurs na zaprojektowanie i wzniesienie kopuły. Głównym problemem dla ówczesnych architektów był rozmiar otworu, który miał zostać przykryty - jego średnica ma ponad 45 metrów. Brunelleschi wymyślił rozwiązanie, postawił tak naprawdę dwie kopuły, mniejszą i większą, jedną na drugiej, bez używania belek i rusztowań (nie było tak wysokich drzew na belki). Na szczyt idzie się właśnie pomiędzy tymi dwiema kopułami i to jest niesamowite, ale jeśli macie klaustrofobię, to lepiej zrezygnujcie...
Schody, schody, schody... Wejście na kopułę Brunelleschiego


Baptysterium San Giovanni (Świętego Jana) to ośmioboczny budynek stojący tuż przed katedrą. Słynie z bogato zdobionych drzwi wschodnich (tych naprzeciwko katedry, oryginał w muzeum) wykonanych przez Ghibertiego i nazwanych przez Michała Anioła "Drzwiami Raju". Wnętrze jest pokryte mozaikami z XIII wieku. Wchodzi się z biletem.
Mozaiki w baptysterium


Dzwonnica nazywana jest Campanile di Giotto, choć Giotto tylko rozpoczął budowę - kontynuował ją Andrea Pisano, kończył Francesco Talenti. Na górę prowadzi 414 stopni, a widoki zapierają dech, zwłaszcza na kopułę, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Oczywiście tu też potrzebujemy biletu.
We wnętrzu Dzwonnicy Giotta


Na muzeum katedralne (Museo dell'Opera del Duomo) warto zarezerwować sporo czasu, bo wizyta jest bardzo ciekawa i przyjemna. Budynek jest odnowiony, wnętrza świetnie zorganizowane i oświetlone, to naprawdę nowoczesne, przyjazne dla turystów muzeum! A poza tym ogromne. Zajmuje 6 tys. mkw i dzieli się na 28 sal. Jego największą atrakcją jest zrekonstruowana fasada katedry wg projektu pierwszego architekta, Arnolfa di Cambio, rzeczywistych rozmiarów - do oryginalnej wielkości. Dla niej jednej warto tu przyjść. Ale oczywiście muzeum pełne jest wspaniałych eksponatów, zgromadzono tu rzeźby i inne zdobienia ze ścian wewnętrznych i zewnętrznych katedry i dzwonnicy, pokazane są modele konkursowe fasady, wyświetlane są filmy, można obejrzeć dokładnie budowę kopuły na modelu i podziwiać z bliska dwa ważne dzieła rzeźbiarskie: "Pietę" Michała Anioła oraz "Marię Magdalenę" Donatella.  Na II piętrze można wyjść na taras i niemalże dotknąć ręką kopuły... Wejście do muzeum znajduje się za katedrą.
Muzeum, po lewej rekonstrukcja fasady katedralnej


Więcej szczegółów i rezerwacja biletów na stronie www.ilgrandemuseodelduomo.it.

Muzuem, sala z modelem kopuły
Florencka "Pieta" Michała Anioła
Plan obiektów do zwiedzania z "biglietto unico"