Gozo i Malta

Migawki z bardzo krótkiej podróży na Maltę i Gozo

Myślicie, że podróżuję tylko do Włoch? No prawie. Jednak od czasu do czasu zdarza mi się zatęsknić za obejrzeniem nowych miejsc, zupełnie innych niż Italia. Na początku marca wybraliśmy się na Maltę - żeby zobaczyć Caravaggia oraz na Gozo - żeby zobaczyć Gozo.
O tych wyspach w internecie można znaleźć mnóstwo przydatnych, aktualnych informacji; o autobusach, promach, noclegach, restauracjach itd. Wszystko się potwierdziło, z niczym nie mieliśmy problemu. Zazwyczaj pisze się też, że to małe wyspy i kilka dni wystarczy na ich poznanie. Moim zdaniem to nieprawda. Byliśmy cztery dni i to zdecydowanie za krótko, żeby poznać Maltę, ba, na samo Gozo (14 km x 7 km) przeznaczyłabym co najmniej tydzień! Zostawiam Was ze zdjęciami. Miłego!

Gozo

Gozo, widok z twierdzy w Victorii

Gozo, pole kwiatów

Gozo, Marsalforn

Gozo, widok z Victorii

Gozo

Gozo, Marsalforn

Gozo, Marsalforn

Gozo

Gozo

Gozo, widok z Zebugg

Malta, Sliema

Malta, Sliema

Malta, Valletta

Malta, Valletta

Caravaggio

Valletta

Valletta

Valletta

Valletta

Valletta

Valletta

Malta, Birgu

Malta, Birgu

Caravaggio

Valletta


Florenckie lilie i japońskie pędzelki. Wokół majoliki

Publikuję tekst sprzed kilku lat o toskańskiej majolice. Ta wytwórnia już nie istnieje, a Ruriko zajmuje się czymś innym w życiu, ale metody produkcji są wciąż takie same. I wspomnienie tamtego upalnego dnia jest ciągle żywe we mnie. 



Jeśli kiedykolwiek kupiliście we Włoszech ceramiczną miseczkę ozdobioną wzorem gałązki oliwnej albo podobny bibelot, zapewne weszliście w posiadanie majoliki, czyli przedmiotu wykonanego w ten sam sposób, co na przykład renesansowe tonda ze Szpitala Niewiniątek we Florencji. Na przestrzeni kilkuset lat metody produkcji zmieniły się bowiem w bardzo niewielkim stopniu.
Majolikę najprościej można określić jako wyrób z gliny, pokryty szkliwem cynowym. Technikę jej wytwarzania udoskonaliła i rozpowszechniła florencka rodzina artystów-rzemieślników, della Robbia.
Luca della Robbia, rzeźbiarz pracujący początkowo u boku Donatella, był tym, któremu udało się wzmocnić kruchą glinę i uzyskać trwałe barwniki. Zaczął wytwarzać płaskorzeźby w charakterystycznych kolorach bieli i kobaltowego błękitu, czystego jak włoskie niebo. Po Luce warsztat przejął bratanek Andrea, potem tradycję kontynuowali jego synowie. Ostatni z rodu, Girolamo, zmarł we Francji w 1566 roku.
Tonda della Robbiów, przedstawiające niemowlęta w powijakach, popiersia delikatnych Madonn spotykane w niemal każdym zakątku Toskanii, czy wreszcie nadzwyczajnej urody portret dziewczyny przechowywany w muzeum Bargello to dzieła, których się łatwo nie zapomina. Dziś wytwarzaniem włoskiej majoliki zajmują się nie tylko Włosi i nie tylko artyści, teoretycznie zabrać się za to może każdy.
Ruriko jest Japonką, w ojczyźnie studiowała sztukę, od ośmiu lat mieszka w Toskanii i maluje ceramiczne miski, talerze, kubeczki. Stwierdza skromnie, że nie wymaga to żadnych artystycznych zdolności, ale jej nie wierzę. Przy pierwszej nadarzającej się okazji jedziemy więc razem do Montelupo Fiorentino, gdzie Ruriko pracuje.
 Miasteczko, położone około 35 km na zachód od Florencji, turystom raczej nieznane, jest jednym z centrów wyrobu ceramiki we Włoszech środkowych. Inne to Deruta albo Faenza - od której pochodzi słowo fajans, czyli inna nazwa majoliki. Technikę wynaleziono dużo wcześniej, zanim zajęli się nią della Robbiowie. Przybyła do Europy ze Wschodu, prawdopodobnie z Persji, a do Włoch trafiła w XIII wieku poprzez Majorkę, od której wzięła miano. Największy rozkwit tej dziedziny zdobnictwa przypadł na okres renesansu. Złoty wiek Montelupo to lata 1450-1530, kiedy miejscową ceramikę sprzedawano nie tylko w basenie Morza Śródziemnego, ale także do domów angielskich czy holenderskich. Dziś w Montelupo, zamieszkałym przez niewiele ponad 10 tysięcy osób, znajduje się około 120 warsztatów ceramicznych, zatrudniających ponad 1000 pracowników i wytwarzających przedmioty zarówno tradycjonalne, jak i dekorowane wzorami współczesnymi.
 Droga do Montelupo zajmuje nam około 1,5 godziny pociągiem – Ruriko idzie mi na rękę i nie wyrusza jak co dzień o 7 rano, ale dopiero o 9. Kiedy docieramy do miasteczka, panuje już straszny upał, a my musimy pokonać jeszcze dwa kilometry pieszo; zazwyczaj Ruriko jedzie rowerem, tego dnia prowadzi go obok siebie. Przychodzimy do warsztatu o 11, jestem zmęczona i spocona, na granicy udaru słonecznego, marzę o odpoczynku w chłodzie.

Pracownia Riba, oznaczona rysunkiem dwóch delfinów, mieści się w wielkim, klockowatym budynku przypominającym hangar. Ponieważ rano został otwarty piec z wypaloną majoliką, w środku jest jeszcze goręcej niż na dworze. Pracują tu cztery osoby: właściciele, czyli Vincenzo Rizzi i jego żona Antonella, Ruriko oraz Tomomi, również Japonka. Vincenzo siedzi za okrągłym stołem z pędzlem w ręku, nad białym, jakby pokrytym kredą półmiskiem, jego żona stoi przy kadzi wypełnionej płynem podobnym do mleka, w którym zanurza kolejne talerze. Pozwalają mi robić zdjęcia, przyglądać się i pytać o wszystko.
Najpierw jednak Ruriko zabiera mnie na piętro, do szkoły ceramiki, którą kilka lat temu ukończyła. W ten sposób zobaczę od początku cały proces obróbki gliny, bo na dole w warsztacie tylko się ją dekoruje. Uprzejmy dyrektor przerywa jedzenie spaghetti i otwiera nam wszystkie pomieszczenia. W magazynie leżą szczelnie zafoliowane paczki z wilgotną gliną. Surowa ma kolor szaro-zielonkawy, dopiero po wypaleniu w piecu staje się biała lub brązowawa (po włosku mówi się, że czerwona, po polsku można określić ten kolor jako bladoceglasty). Biała (terra bianca) jest droższa, a przedmioty z niej wytworzone są nieco trwalsze od tych z czerwonej (terra rossa).
 Do formowania gliny służą tradycyjne koła garncarskie. Gotowe naczynia wędrują do pieców, kiedyś opalanych drewnem, dziś elektrycznych, potem oblewa się je szkliwem, maluje i ponownie wypala. W jednej ze szkolnych sal, na drewnianych regałach, ustawiono pokazowe prace uczniów i mistrzów: pękate wazy, smukłe wazony, gładkie talerze zdobione głównie w sposób tradycyjny, z przewagą bieli, błękitu, zieleni i żółci. Najpiękniejsze są te z precyzyjnymi rysunkami wijących się i przeplatających linii, pokryte kwiatami, drobnymi spiralami, liśćmi i wzorami geometrycznymi. Uczniowie przyjeżdżają ze wszystkich stron świata, wystarczy zapłacić za semestr i można zanurzać ręce w glinie.

Wracamy do warsztatu. Antonella za pomocą specjalnych szczypiec wkłada talerze do kadzi z rozrobionym szkliwem, następnie wyciera je od spodu – inaczej skleiłyby się z podłożem podczas wypalania - ogląda uważnie z każdej strony i ustawia na półce. Naczynia muszą schnąć co najmniej jeden dzień, zanim będzie można je malować.
Kiedy przedmioty dostatecznie wyschną, wykonywany jest szkic. Przykłada się szablon, czyli cienki papier ponakłuwany wzdłuż linii rysunku i małym woreczkiem z węglem drzewnym pociera tak, by przechodzący przez dziurki czarny pył odbił się na powierzchni naczynia. Szkice nie są więc bardzo precyzyjne, wbrew opinii Ruriko potrzeba sporo umiejętności malarskich, by powstały zarys wypełnić kolorami. Podobną technikę stosowano przy malowaniu fresków.

Ruriko, Tomomi i Vincenzo siedzą przy trzech obrotowych stołach, na których na specjalnych podstawkach stoją kubki, dzbanki, wazoniki; resztę miejsca zajmują stłoczone pojemniki pełne pędzli oraz naczynia z rozrobionymi farbami, butelki z wodą, szmatki, gąbki. Obracając blat, rysuje się na każdym naczyniu ten sam mały fragment wzoru, płatek kwiatu, obwódkę łodyżki. Jest to żmudne zajęcie, jak gdyby artysta stał przy taśmie w fabryce! Powoli przybywa kolorów, szkice nabierają wyrazistych kształtów. Ruriko może pomalować dziennie nawet 100 kubków.
Do napisów i cienkich linii dziewczyny używają małych pędzelków, które w ich rękach wyglądają zupełnie jak japońskie pióra do kaligrafii. Vincenzo sięga po kawałek gąbki z naciętą powierzchnią i stempluje identyczne wzorki na obwodzie talerza. Przypomina mi się przedszkole, gdzie robiliśmy podobne pieczątki z … ziemniaka. Vincenzo śmieje się i kiwa głową ze zrozumieniem, w końcu Polska jest krajem ziemniaka, wie o tym każdy, nawet tu, w Montelupo.

Pomalowane przedmioty można od razu wkładać do pieca. Ustawia się je na półkach, każdy na glinianej podkładce i wypieka w temperaturze 960 stopni przez 20 minut. Chropawe, matowe, blade szkliwo na skutek działania wysokiej temperatury topi się i zmienia w błyszczącą, twardą, gładką jak szkło powłokę o intensywnych kolorach. Pytam, czy można zajrzeć do pieca podczas wypalania, żeby zobaczyć ten fascynujący proces, ale Vincenzo kręci głową. Podobno nie wygląda to aż tak spektakularnie, jak sobie wyobrażam.
Podchodzę do gotowych wyrobów, które niedawno opuściły piec, są jeszcze gorące. Przypatruję się równo poukładanym korkom do butelek z toskańskim pejzażem, miseczkom zdobionym rysunkiem czarnych oliwek, a także kubkom z geometrycznymi wzorami, zupełnie nowoczesnymi. Rizzi postawili na współczesność, ponieważ, na skutek dużej konkurencji, trudno znaleźć nabywcę przedmiotów klasycznych. - Wszystkie te kubki pojadą do Nowego Jorku – tłumaczy Vincenzo.

Pytam o tonda della Robbiów. Okazuje się, że ich kopie można zamówić u zaprzyjaźnionego twórcy. Przeglądam katalog, ale na zdjęciach wyglądają dużo brzydziej niż oryginały, więc nie decyduję się na zakup – choć kusi mnie pomysł powieszenia włoskiego tonda na naszym polskim drewnianym domu.
Rizzi prowadzą na miejscu mały sklepik ze swoimi wyrobami. Czy nie chcieliby sprzedawać ich także do Polski? Oczywiście, bardzo chętnie, problem jednak w tym, że nie mają strony internetowej, ba, nie mają nawet własnego adresu mailowego. Nie mówią też w żadnym języku poza włoskim. Później Ruriko zdradza mi, że i telefon komórkowy jest dla nich przedmiotem zbyt nowoczesnym. 

Vincenzo, pochodzący z Sycylii, przywędrował w poszukiwaniu pracy do Toskanii jeszcze jako nastolatek. Zatrudnił się w fabryce ceramiki i dopiero kilka lat temu – dziś dobiega pięćdziesiątki – udało mu się przejść na swoje. Pracuje od rana do nocy, nie ma czasu na nic innego.
Minęła 14, pora się zbierać. Tuż przed pożegnaniem mówię Rizzim, że słowo "riba", widniejące w nazwie firmy, brzmi prawie jak polska ryba. Dziwi ich to niezmiernie i jeszcze bardziej zacieśnia więź między nami. Vincenzo podchodzi do regału, sięga na jedną z najwyższych półek i zdejmuje śliczną, lekko zakurzoną miseczkę. - Dla ciebie, zawieź do Polski – mówi.
Żegnam się z nimi ciepło. Przede mną długa i kręta droga na stację kolejową. – Idź cały czas prosto – radzą mi Rizzi zupełnie poważnie. Już na pierwszym zakręcie tracę orientację, ale na szczęście zjawia się miejscowa kobieta i pokazuje mi właściwy kierunek. Słońce pali jeszcze mocniej niż przed południem, ulice są wyludnione. Nie mam siły ani na zwiedzanie położonej na wzgórzu, zabytkowej części miasteczka, ani Muzeum Ceramiki, które mieści się niedaleko dworca.

Ruriko, jak co dzień, będzie pracować aż do wieczora. Po trzech godzinach spędzonych w suchym, gorącym wnętrzu warsztatu, pokryta warstewką białego pyłu, zaczynam przychylać się do jej opinii na temat uzdolnień koniecznych przy wyrobie majoliki. Może rzeczywiście nie talent staje się najważniejszy, ale samozaparcie oraz wytrzymałość fizyczna i psychiczna.
Anna Goławska

Zwiedzanie Florencji - katedra, baptysterium, dzwonnica...

Florencja to miasto trudne. Nie umiem odpowiedzieć na powtarzające się pytanie, czy w czasie tygodniowego pobytu w Toskanii warto jeden dzień poświęcić na Florencję. Z reguły jednodniowi turyści wyjeżdżają z Florencji zmęczeni, oszołomieni i nieco rozgoryczeni - ja również miałam takie odczucia po pierwszej wizycie w stolicy Toskanii bardzo dawno temu. Jeśli jednak zatrzymamy się w mieście na dłużej, to się nim zachwycimy, nasycimy i odkryjemy jego niełatwe piękno.
Mieszkałam przez kilka miesięcy niedaleko Florencji, więc mogłam jeździć tam co parę dni, zwiedzać ją bez pośpiechu, za to dokładniej i wolniej, bez stresu. Spędziłam też niedawno we Florencji jeden tydzień, żeby poznać jej aspekt wieczorny, zobaczyć nocą i wczesnym rankiem. To miasto trudne, ale miasto wspaniałe.



Noc na placu katedralnym

 
Niedawno pisałam o zwiedzaniu Galerii Uffizi, dziś skupię się na centrum religijnym miasta.
Katedra, krypta, dzwonnica, baptysterium oraz nowe muzeum katedralne... Nie da się tego wszystkiego obejrzeć w jeden dzień. Czasowo oczywiście tak, ale taki wyczyn nie miałby sensu! Już choćby dlatego trzeba się we Florencji zatrzymać na co najmniej 2 dni.

Obowiązuje jeden bilet wstępu do wszystkich zabytków (oprócz katedry, gdzie wchodzimy za darmo). Kosztuje 15 euro, można go kupić przez internet, koniecznie trzeba wówczas go wydrukować. Kasy biletowe, w tym również automaty, znajdują się po lewej stronie katedry (stojąc przodem do fasady), przy Piazza San Giovanni 7.
Dostępne są bilety zniżkowe: 3 euro - dzieci w wieku 6-11 lat oraz bilet darmowy - do nabycia tylko w kasach, m.in. dzieci do lat 6, duchowni, osoby niepełnosprawne. Ponadto konieczna jest rezerwacja godziny wejścia na kopułę (bez dopłaty) - online lub w kasach automatycznych.
Bilet jest ważny przez 48 godzin od momentu wejścia do pierwszego obiektu. Daty rezerwacji wstępu na kopułę nie można zmienić. Do każdego zabytku można wejść tylko raz.
Baptysterium, katedra i dzwonnica


Katedra Santa Maria del Fiore zajmuje dużą część centralnego placu miasta, a jej gigantyczną kopułę, przedmiot dumy florentczyków, widać z odległości wielu kilometrów. Budowę zaczęto w XIII wieku, na pozostałościach wcześniejszego kościoła (Santa Reparata), którego fundamenty można obejrzeć w podziemiach. Kopułę ukończono w wieku XV, a fasadę w XIX. Wejście do katedry jest darmowe  - podkreślam to, bo wielokrotnie widziałam w internecie nieprawdziwe informacje o biletach. Zazwyczaj trzeba postać w kolejce, ale przesuwa się ona dość szybko. Do katedry wchodzi się drzwiami z lewej strony - stojąc przodem do fasady. Wnętrze jest prawie puste, większość rzeźb została przeniesiona do muzeum. Do kościoła warto jednak wejść, żeby zobaczyć na własne oczy, jak wielki jest to budynek (trzecia co do wielkości katedra na świecie), obejrzeć freski przedstawiające Dantego i kawalera Giovanniego Acuto na koniu oraz spojrzeć od dołu w przepastną kopułę mistrza Brunelleschiego. Można zwiedzić podziemia (za biletem), gdzie znajduje się m.in. grób Brunelleschiego.
Kopuła katedry sfotografowana z dzwonnicy


Na kopułę wchodzi się bocznymi drzwiami, z lewej strony katedry - stojąc przodem do fasady. W sezonie (od maja do października) godzinę wejścia należy rezerwować co najmniej dwa dni wcześniej, inaczej może być już wszystko zajęte. Najwygodniej wspinać się tuż po otwarciu, bo wówczas jeszcze nikt nie schodzi. Schody wiodące na kopułę są strome i dość ciasne, a jest ich aż 463.
Cały wysiłek wynagradza jednak radość z przebywania we wnętrzu tak niezwykłej konstrukcji architektonicznej, oglądanie z bliska fresków Vasariego na wewnętrznych ścianach kopuły, wreszcie wyjście na powietrze na górze i widok miasta w dole, z jego kościołami, nitkami ulic i zamglonymi wzgórzami, które je otaczają. Jak wiadomo, Brunelleschi wygrał konkurs na zaprojektowanie i wzniesienie kopuły. Głównym problemem dla ówczesnych architektów był rozmiar otworu, który miał zostać przykryty - jego średnica ma ponad 45 metrów. Brunelleschi wymyślił rozwiązanie, postawił tak naprawdę dwie kopuły, mniejszą i większą, jedną na drugiej, bez używania belek i rusztowań (nie było tak wysokich drzew na belki). Na szczyt idzie się właśnie pomiędzy tymi dwiema kopułami i to jest niesamowite, ale jeśli macie klaustrofobię, to lepiej zrezygnujcie...
Schody, schody, schody... Wejście na kopułę Brunelleschiego


Baptysterium San Giovanni (Świętego Jana) to ośmioboczny budynek stojący tuż przed katedrą. Słynie z bogato zdobionych drzwi wschodnich (tych naprzeciwko katedry, oryginał w muzeum) wykonanych przez Ghibertiego i nazwanych przez Michała Anioła "Drzwiami Raju". Wnętrze jest pokryte mozaikami z XIII wieku. Wchodzi się z biletem.
Mozaiki w baptysterium


Dzwonnica nazywana jest Campanile di Giotto, choć Giotto tylko rozpoczął budowę - kontynuował ją Andrea Pisano, kończył Francesco Talenti. Na górę prowadzi 414 stopni, a widoki zapierają dech, zwłaszcza na kopułę, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Oczywiście tu też potrzebujemy biletu.
We wnętrzu Dzwonnicy Giotta


Na muzeum katedralne (Museo dell'Opera del Duomo) warto zarezerwować sporo czasu, bo wizyta jest bardzo ciekawa i przyjemna. Budynek jest odnowiony, wnętrza świetnie zorganizowane i oświetlone, to naprawdę nowoczesne, przyjazne dla turystów muzeum! A poza tym ogromne. Zajmuje 6 tys. mkw i dzieli się na 28 sal. Jego największą atrakcją jest zrekonstruowana fasada katedry wg projektu pierwszego architekta, Arnolfa di Cambio, rzeczywistych rozmiarów - do oryginalnej wielkości. Dla niej jednej warto tu przyjść. Ale oczywiście muzeum pełne jest wspaniałych eksponatów, zgromadzono tu rzeźby i inne zdobienia ze ścian wewnętrznych i zewnętrznych katedry i dzwonnicy, pokazane są modele konkursowe fasady, wyświetlane są filmy, można obejrzeć dokładnie budowę kopuły na modelu i podziwiać z bliska dwa ważne dzieła rzeźbiarskie: "Pietę" Michała Anioła oraz "Marię Magdalenę" Donatella.  Na II piętrze można wyjść na taras i niemalże dotknąć ręką kopuły... Wejście do muzeum znajduje się za katedrą.
Muzeum, po lewej rekonstrukcja fasady katedralnej


Więcej szczegółów i rezerwacja biletów na stronie www.ilgrandemuseodelduomo.it.

Muzuem, sala z modelem kopuły
Florencka "Pieta" Michała Anioła
Plan obiektów do zwiedzania z "biglietto unico"

Konfitura z czerwonej cebuli

Jadłam taką konfiturę w Toskanii kilka razy i bardzo mi smakowała, najbardziej taka zrobiona w  domu - dokładnie przez Robertę z Castelmuzio. Roberta robiła ją z czerwonej cebuli z Tropei, ale można ją równie dobrze zrobić ze zwykłej czerwonej cebuli.

Składniki:
czerwona cebula
cukier trzcinowy
liście laurowe
ocet winny lub balsamiczny

Proporcje: wagowo cukru ponad dwa razy mniej niż cebuli



Cebulę siekamy drobno lub ścieramy na tym wspaniałym urządzeniu widocznym na zdjęciu. Przekładamy do garnka i zasypujemy cukrem, mieszamy i odstawiamy na około godzinę. Cebula powinna ładnie puścić sok. Później stawiamy garnek na mały ogień, dodajemy liście laurowe (robiłam z ok. 400 g cebuli, dałam 2 liście), mieszamy od czasu do czasu. Dusimy cebulę ok. godziny lub dłużej, aż będzie mięciutka, po koniec dodajemy nieco octu do smaku.  Wyjmujemy liście i gorącą konfiturę przekładamy do wyparzonych słoiczków.
Podajemy z serami - doskonale pasuje do gorgonzoli.



Barletta – miasto plaż i Kolosa

Już od kilku dni Facebook przypomina mi intensywnie, że dokładnie rok temu byłam w Apulii. Podsuwa zdjęcia, sugeruje, żeby ponownie je opublikować – poddaję się więc niejako naciskom i piszę pierwszy post o tym regionie.
Znam Apulię dość dobrze, byłam tam kilka razy latem, jesienią i zimą. Ten region zachwyca. Powtarzam zawsze, że Toskania jest piękna i bogata w dzieła sztuki, ale to Apulia pożre ci serce.
Uwielbiam Trani ze wspaniałą katedrą nad morzem, zatrzymane w czasie Bari czy białe Monopoli. W ubiegłym roku wybraliśmy jednak na pobyt Barlettę, spore miasto, które w samym centrum ma szerokie, piaszczyste plaże.
Pojechałam z moją siostrą i jej partnerem, mieliśmy podobne oczekiwania. Chcieliśmy trochę zwiedzać, ale większość czasu spędzić na wypoczynku nad morzem, pływaniu i opalaniu się. Chcieliśmy, żeby do plaży było blisko na piechotę – nie wypożyczaliśmy samochodu, żeby miasto miało stację kolejową i żeby było po prostu ładne. Barletta spełnia te wszystkie wymagania!

Barletta w Apulii

Jak się dostać do Barletty
Z Polski do Bari lataja niezastąpione linie Ryanair www.ryanair.com. Z lotniska w Bari do Barletty jeździ lokalna linia kolejowa www.ferrovienordbarese.it, obecnie z przesiadką w Ruvo. Pociągi są klimatyzowane i dobrze utrzymane. Podróż trwa ok. 1,5 godz., bilet kosztuje 8,20 euro.

Barletta 
Miasto błyszczy, błyszczą jego wyślizgane płyty chodnikowe, zachodzące slońce odbijające się w szybach kamienic i biżuteria w witrynach sklepowych. Kiedy się tu przyjeżdża wieczorem, trwa święto. Na ulicach jest pełno ludzi, wszystkie kawiarnie i lodziarnie są otwarte, grupki młodzieży kupują lody w rożkach, starsi siedzą na ławkach pod Kolosem. Chce się jak najszybciej zostawić walizkę w mieszkaniu i przyłączyć do tłumu.

Wieczór w mieście
Zwiedzanie
Symbolem Barletty jest Kolos, brązowy posąg władcy nieznanej tożsamości, prawdopodobnie porzucony na plaży przez statek wenecki lub przetransportowany do Apulii z Rawenny przez Fryderyka II Hohenstaufa. Ma ok. 4,5 m wysokości, odlano go w V wieku. Kolos stoi obok przepięknego średniowiecznego kościoła San Sepolcro - kościół otwarty jest zazwyczaj wieczorami. 

Kolos "dyrygujący" orkiestrą w czasie lokalnej parady
Kolos z Barletty
Katedra (Santa Maria Maggiore) znajduje się w najstarszej części miasta, wśród wąskich uliczek i placyków. Jak większość apulijskich katedr ma jasną fasadę oraz dzwonnicę wspartą na łuku nad ulicą.W lipcu odbywa się w Barletcie święto patronów miasta (biskupa San Ruggero i Madonny della Sterpeto), z katedry idzie procesja z popiersiem biskupa, rozstawiane są stragany, w nocy organizowany jest pokaz ogni sztucznych itd.

Katedra w Barletcie
 Do zobaczenia w mieście pozostaje jeszcze imponujący zamek, który pamięta czasy Normanów. Stąd wyruszali rycerze na wyprawy krzyżowe. Obecna forma budowli jest wynikiem przebudowy dokonanej w XVI wieku. W tej chwili zamek mieści bibliotekę i muzeum miejskie.

Zamek w Barletcie

Plaże
Apulia zajmuje obcas włoskiego buta. Zdawałoby się, że w plażach można tu przebierać, ale po stronie Adriatyku większa część wybrzeża jest skalista lub niedostępna (zagrodzona, trzeba znać przejścia). Barletta ma plaże szerokie, z drobnym piaskiem, płatne i bezpłatne, dość czyste (a w porównaniu na przykład z plażą w obleganym przez Polaków sycylijskim Trapani - bardzo czyste). Mieszkaliśmy w kamienicy na starym mieście, do najbliższej plaży mieliśmy ok. 400 m, ale zwykle chodziliśmy nieco dalej. W lipcu nie ma tłumów, zawsze się znajdzie dużo miejsca blisko wody. W sierpniu, miesiącu wakacyjnym dla Włochów, plaże są oczywiście bardziej tłoczne.

Plaża w Barletcie

Zachód słońca nad morzem

Jedzenie
Barletta nie jest drogim miastem, ponieważ nie ma tu raczej zagranicznych turystów. Jadaliśmy często w małych knajpkach, gdzie można kupić też jedzenie na wynos - smażone owoce morza, pizza na kawałki, tzw. pucce - rodzaj kanapek z ciasta na pizzę oraz panzerotti - nadziewane pierogi z ciasta drożdżowego, zapiekane w piecu lub smażone. Dwa razy w tygodniu na naszą uliczkę przyjeżdżał sprzedawca warzyw i zawodził przeciągle: "A cinquanta le zucchine..." W sezonie warzywa i owoce są tanie i doskonałe, zwłaszcza soczyste morele, brzoskwinie i pomidory. 

Kalmary


Gdzie można dojechać z Barletty
Nawet bez samochodu można w Apulii bardzo dużo zwiedzić. W  Barletcie jest stacja kolejowa włoskich linii krajowych (www.trenitalia.it) i tuż obok wspomnianych już linii Nordbarese ( www.ferrovienordbarese.it) Można bezproblemowo dojechać do Bari, stolicy Apulii, do Alberobello (z przesiadką w Bari), bajkowego miasteczka domów trulli, do fascynującego zamku Fryderyka II, Castel del Monte (pociąg do Andrii, potem busik), do nadmorskiego Bisceglie z bardzo wąskimi uliczkami i wysokimi kamienicami, do Molfetty, przepięknej, zatrzymanej na granicy upadku, wreszcie do Trani, jednego z najpiękniejszych miast południa i Bitonto - mało znanego miasta oddalonego nieco od wybrzeża, ze wspaniałą katedrą, w której wiele lat temu po raz pierwszy spróbowałam pachnącej apulijskiej oliwy...
Alberobello

Andria

Bari

Bari

Bisceglie

Port w Bisceglie

Katedra w Bitonto

Katedra w Bitonto, płaskorzeźba przedstawiająca m.in. Fryderyka II

Castel del Monte na płaskowyżu Murgia



Uliczka w Molfetcie, ściany podparte belkami

Molfetta

Trani, katedra


Informacje praktyczne:
Biuro informacji turystycznej znajduje się przy Corso Garibaldi;
Strona włoskich kolei: www.trenitalia.it
Strony lokalnych linii kolejowych: www.ferrovienordbarese.it oraz www.fseonline.it (te jeżdżą np. z Bari do Alberobello);
W Barletcie rozegrała się słynna (oczywiście słynna lokalnie) potyczka między rycerzami francuskimi i włoskimi, uważana za jedną z pierwszych oznak budzenia się świadomości narodowej. Historia jest nieco skomplikowana - jak cała historia Włoch, możecie o niej przeczytać tutaj: www.centrostoricobarletta.it/?dir-item=cantina-della-disfida
Wolontariusze organizują w Barletcie tzw. free walk, więcej o ich działalności tutaj: www.freetourbarletta.com;